czwartek, 10 lutego 2022

Potwór ze strzelbą przy oku: "Kat z Płaszowa" M. Czornyj

 



Amon Goeth ma twarz Ralpha Fiennesa.

Każdy kto oglądał tę doskonałą ekranizację świetnej książki Thomasa Keneally’ego – „Lista Schindlera” – to potwierdzi.

I z tą myślą siadałam do lektury najnowszej (ups, już nie najnowszej, bo kiedy ją kończyłam autor zdążył już zapowiedzieć kolejną premierę) książki Maxa Czornyja.

„Kat z Płaszowa” opowiada o błyskotliwej karierze austriackiego członka SS, Amona Goetha. W młodości narodowościowe hasła trafiły na podatny grunt jego umysłu. I tak, wspinając się po szczeblach kariery, (czasem dlatego, że po prostu znajdował się we właściwym miejscu o właściwym czasie), Hauptsturmführer Amon Goeth stał się likwidatorem gett w Polsce. Jego zbrodnicza i bezwzględna praca nie pozostała bez echa. W zamian za wzorowe wywiązywanie się z poleconych mu zadań, (które obejmowały selekcjonowanie Żydów na tych nadających się do katorżniczej pracy i tych, którzy mają umrzeć) pan kapitan dostał rozkaz specjalny. Miał uczynić w podkrakowskim Płaszowie obóz pracy. Od zera. To tam narodziła się legenda olbrzymiego mężczyzny, lubującego się w wytrawnych trunkach, (w ilościach co najmniej nadmiernych), pięknych kobietach, przyjęciach i strzelaniu z tarasu swojej sypialni do więźniów, (ponoć nie było to możliwe ze względu na odległość i Goeth rzekomo musiał raczej robić to z werandy na parterze, no ale legenda to legenda).

Max Czornyj w swojej książce wyselekcjonował zbrodnie Goetha prawdopodobnie po to, żeby książka nie była tylko jedną wielką kroniką zbrodni a i po takiej selekcji było o czym pisać. Czytało mi się to znacznie lepiej niż poprzednią powieść z tej serii „Bestię z Buchenwaldu” (nawet jeśli wciąż brakowało mi bardziej zaznaczonych ram czasowych). „Kat…” jest nieco grubszy i nie mam wrażenia skondensowania zbrodni i sprowadzania treści tylko do nich i szybkiego streszczenia życia głównej postaci. Ciężko powiedzieć, że czerpałam przyjemność z czytania, ale na pewno zapoznawałam się z treścią z większym zainteresowaniem. Być może przez to, że z postacią Amona (na użytek własny) jestem bardziej zaznajomiona niż z Ilse Koch. A także dlatego, że każda wzmianka o ukochanym Krakowie wciąż wywołuje u mnie szybsze bicie serca. Nawet tak mroczna jak ta historia.

Autor zdecydował się na narrację pierwszoosobową, tak samo jak poprzednio. Dzięki temu poznajemy Amona lepiej, nawet jeśli większość z jego myśli to tylko imaginacja pisarza. Goeth był osobą pozbawioną skrupułów, święcie wierzącą w słuszność swoich racji oraz własną bezkarność. Nawet mimo narracji pierwszoosobowej, pisarz nie próbował wybielić ani usprawiedliwić okrutnego oficera SS. Zresztą ciężko byłoby usprawiedliwić jakikolwiek czyn Goetha i nie współczujemy mu ani kiedy alkohol przestaje mu smakować ani kiedy cierpi na chroniczną bezsenność. A tym bardziej, kiedy wreszcie przychodzi na niego koniec, który sam sobie zgotował.

Przez całą lekturę oczekiwałam jakiejkolwiek sceny z udziałem Oskara Schindlera. Niemiecki fabrykant został tam jednak tylko wymieniony raz, a mnie trudno stwierdzić czy jestem zadowolona czy rozczarowana. Bardzo lubię nawiązywanie do innych dzieł, w serialu nazywałoby się to „corssoverem”.

Sądzę, że nie jest to pozycja dla ludzi o słabych nerwach. Czornyj już nieraz udowodnił, że sugestywne opisy przychodzą mu gładko. I równie gładko zapadają w pamięć czytelnika. Jeśli więc interesuje Was postać Amona Goetha, ale nie macie ochoty czytać o śmiertelnych ranach postrzałowych, rozszarpanych przez psy zwłokach czy kopaniu licznych grobów, lepiej sięgnijcie po wikipedię (uwaga! Nie sprawdziłam czy wikipedia jest delikatniejsza w tym temacie). Wielbicielom makabry jak najbardziej tę pozycję rekomenduję. Tym bardziej, że nie jest to tylko chora wyobraźnia twórcy, a historia która wydarzyła się naprawdę.

Czornyj znalazł sobie niezłą niszę. W zalewie książek o II wojnie światowej, koncentrujących się głównie na bohaterach, zakazanych miłościach, trudnych przeżyciach okupowanych, on wziął się za okupantów, czarne charaktery, wrogów, najeźdźców, oprawców, potwory. Dzięki temu materiału na kolejne książki raczej mu nie braknie, a ja będę chętnie po nie sięgać. Szkoda tylko, że wydaje książki w tempie, które dla mnie oznacza już produkcje a nie tworzenie.

Przeczytane: 08.02.2022

Ocena: 7/10

poniedziałek, 31 stycznia 2022

Najgorsze koszmary spotykają nas na jawie: "Siedem minut po północy" P. Ness/S. Dowd

 


Wiedziałam, że lektura „Siedmiu minut po północy” to nie będzie bułka z masłem, mimo że minęło sporo czasu, od kiedy zainteresowałam się ekranizacją i obiecałam sobie „najpierw książka, potem film”. Książki jednak nigdzie nie mogłam dostać, (a były to moje bardziej intensywne biblioteczne czasy sprzed covida, kiedy jeszcze nic nie ograniczało mi dostępu do półek). I zapomniałam o tym. Przestałam szukać książki. Przestałam myśleć o obejrzeniu filmu.

Na książkę trafiłam przypadkiem, zaniosłam ją do kasy, a później do domu. Przeleżała na półce jakiś miesiąc, aż wreszcie przyszedł na nią czas.

I wiecie co?

„Siedem minut po północy” Patricka Nessa (czy też w pierwszej kolejności Siobhan Dowd) chwyta za serce prawdą, którą w sobie zawiera. Chwyta mocno i nie puszcza aż do finałowych scen, które wręcz gniotą klatkę piersiową.

Bohaterem powieści jest trzynastoletni Conor. Mierzy się on z prześladowaniami w szkole ze strony trójki innych chłopaków. W dodatku jest wściekły na swoją najlepszą przyjaciółkę i nie chce mieć z nią nic wspólnego. Nauczyciele mu pobłażają i to również doprowadza go do szewskiej pasji. Ojciec założył nową rodzinę i wyjechał z Brytanii do USA. Z wizytą zapowiada się babcia, z którą nie potrafi za nic w świecie odnaleźć nawet nici porozumienia. A nocą śnią mu się koszmary z potwornym drzewem w roli głównej, które na dodatek potrafi mówić.

Ale nie to jest najgorsze.

Najgorsze bowiem jest to, że jego mama… osoba, która jest dla Conora całym światem… bardzo poważnie choruje. I wszystko co go spotyka (no może poza prześladowaniami w szkole i odejściem ojca) ma związek z jej chorobą.

Potwór-drzewo, o którym Conorowi się wydaje, że śni to cis, rosnący na cmentarzu, który widać z okna pokoju chłopca. Cis przychodzi do niego, ponieważ Conor szuka pomocy. Nie wie tylko, że tak naprawdę desperacko potrzebuje pomocy dla siebie, a nie dla matki. Drzewo opowiada mu trzy historie, z których chłopiec ma wyciągnąć wnioski. Jednak zanim to nastąpi, Conor musi zmierzyć się z mrokiem w swoim sercu, który naprawdę powoduje zniszczenie.

„Siedem minut po północy” jest kategoryzowana jako książka dla młodzieży, jednak nie widzę powodów, dla których dorośli mieliby po nią nie sięgnąć. Choć być może oni znajdą między stronicami coś zupełnie innego niż tylko opowieść o potworze. To powieść o tym, czego tak naprawdę wszyscy się boimy. To historia o strachu przed stratą i ochotą poczucia ulgi po odejściu bliskiej osoby. To opowieść o rozgrzeszeniu samego siebie z tej ulgi. To książka o tym, co czeka prędzej czy później każdego z nas, nawet jeśli na co dzień staramy się o tym nie myśleć. W głębi serca wiemy jednak, że to kiedyś nastąpi. Ten strach, ten ból, ta ulga a być może i to rozgrzeszenie.

Conorowi się współczuje, ponieważ nie tak trudno postawić się na jego miejscu. Paraliżujący strach o bliskich podczas lektury o chorobie jest chyba jak najbardziej zrozumiały. Do tego dochodzi jeszcze poczucie bezsilności i niesprawiedliwości. A czasami nawet i gniewu, kiedy np. ojcu Conora chce się po prostu dać w łeb.

Patrick Ness przeniósł na karty książki ostatni pomysł pisarki Siobhan Dowd. W tej niepozornej książeczce, liczącej niewiele ponad dwieście stron zawarł piękną i wzruszająca historię. Taką, która chwyta za gardło z mocną i brutalnością potwornego cisu z koszmarów Conora.

Trudno w trakcie czytania nie myśleć o tym, ile trzeba mieć siły, aby znieść odchodzenie ukochanej osoby. I jak wiele trzeba mieć odwagi, żeby wreszcie pozwolić sobie na ulgę.

„Siedem minut po północy” to jedna z tych książek, przy których warto uronić łzę i wierzcie mi, ciężko tego nie zrobić. Może to pomoże, choć na jakiś czas wypłakać z siebie największy strach swojego życia.  Nawet jeśli odkłada się ją ze złamanym sercem.

Przeczytane: 31.01.2022

Ocena: 8/10