wtorek, 13 lipca 2021

Tylko dla ludzi o mocnych nerwach: "Susza" G. Masterton

 



RECENZJA PREMIEROWA

Bardzo dziękuję Domu Wydawniczemu Rebis za przekazanie mi egzemplarza do recenzji przed premierą.

 

Grahama Mastertona znam praktycznie od zawsze. Jego nazwisko przewijało się na bibliotecznych półkach i w rękach mojej mamy. Nie miałam nigdy jednak okazji , by po niego sięgnąć. Z prostej przyczyny: jestem uparta. Kiedy się uprę, nie ma zmiłuj. A ja uparłam się na Kinga i nabrałam przeświadczenia, że nikt tak jak on ani mnie nie przestraszy ani emocji nie wywoła. No król horroru jest tylko jeden, co tu dużo mówić. I poza jedną przygodą z Deanem Koontzem (bardzo udaną!) jeszcze sprzed kingomanii, nie zaliczałam skoków w bok. Kiedy Dom Wydawniczy Rebis zaproponował, że wyśle mi egzemplarz, pomyślałam, że to doskonała okazja, żeby wyjść poza ramy.

„Susza” nie jest typowym horrorem. Nie uświadczy się tu paranormalnych zjawisk, potworów z innego wymiaru, duchów przenikających przez ściany ani nawet inwazji kosmitów. I to chyba w tej książce jest najbardziej przerażające.

Głównym bohaterem powieści jest Martin Makepeace, były marines, który obecnie pracuje w opiece społecznej i zazwyczaj nie przejmuje się konwenansami, rozprawiając się z problematycznymi podopiecznymi twardą ręką. Cierpi na Zespół Stresu Pourazowego po służbie w Afganistanie, co przyczyniło się do rozwodu z żoną. Nagle z dnia na dzień z kranów w jego mieście przestaje lecieć woda, władze Kalifornii zwalają winę na trwającą suszę i zanik zapasów wody pitnej, wybuchają zamieszki a w życiu samego Martina zaczynają się oprócz tego problemy osobiste, kiedy jego syn pakuje się w poważne kłopoty.

Pierwsze co mnie zaskoczyło to styl Mastertona. Zwróciłam uwagę na to, jak wprowadza on do fabuły opisy. Nie czyni tego przy okazji, nie wplata mimochodem. Po prostu opisuje każdego po kolei, dokładnie, kolor włosów, ubiór, fryzura, itd. Czy to coś dziwnego? Nie, ale mam wrażenie, że w ten sposób uczono mnie pisać opisy w podstawówce. Im dłużej żyję i czytam tym bardziej zauważam, że opisy można dodawać przy okazji jakieś czynności bohatera. Jestem pewna, że nie pierwszy raz spotykam się z tym przy profesjonalnym pisarzu a jednak tutaj uderzyło mnie to najbardziej.

Postacie dwójki głównych bohaterów są raczej dość wyraziste. I o ile Martin, mimo całego bagażu z jakim go dostajemy, wzbudza sympatię i chęć kibicowania mu, (mimo kontrowersyjnych metod załatwiania spraw), o tyle główną żeńską bohaterkę, Saskię miałam ochotę najchętniej wysłać w kosmos. Nie darzyłam jej ani zaufaniem ani sympatią.

Muszę też przyznać, że dostałam co innego niż oczekiwałam. Byłam pewna, że całość fabuły rozgrywać się będzie w odciętym od wody mieście. Że będę uczestniczyć w zamieszkach, kibicować zrozpaczonym mieszkańcom. Druga część książki powoduje jednak, że trochę zapomina się o upalnym lecie Kalifornii i braku wody pitnej. Nie brakuje jednak akcji. Trup ściele się gęsto a naszych bohaterów zdają się nie opuszczać kłopoty, co nadaje powieści dynamizmu i raczej nie pozwala na nudę.

Po opisie nietrudno się domyślić, dlaczego ta książka to pozycja dla ludzi o mocnych nerwach. Czytałam ją w ciągu dość upalnego tygodnia, wyobrażenie sobie tego, co się działo i jakie miało konsekwencje nie było ani trochę problematyczne. Przerażało mnie to tym bardziej, że ja praktycznie nigdy nie rozstaję się z butelką wody. Napełnianie szklanki, zalanie kawy, umycie się czy spłukanie toalety, te wszystkie prozaiczne czynności, kiedy zaczynają być niemożliwe, nabierają nagle elementarnego znaczenia. Czy ktoś z nas zastanawiał się kiedykolwiek, co się stanie, kiedy zabraknie wody? Bo że to możliwe to chyba nie muszę nikomu udowadniać.

Podsumowując po Mastertona sięgnę pewnie jeszcze nieraz. Tym razem chyba jednak będzie to coś z motywem nadprzyrodzonym. A biorąc pod uwagę związki pisarza z Polską, niewykluczone, że zapoluję na „Bazyliszka”.  

Data premiery: 13.07.2021

Przeczytana: 12.07.2021

Ocena: 6/10

środa, 7 lipca 2021

Czas wielkich zmian: "Florentyna i Konstanty" N. Majewska - Brown


 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

Opowieści z czasów minionych są doprawdy fascynujące. Mogłabym godzinami słuchać o czyimś dziadku, który szedł do wojska bić się za Ojczyznę lub babci, która w czasach młodości wplatała kolorowe wstążki we włosy. O zapracowanych wsiach, których rytm życia wyznaczały prace polowe i eleganckich miastach, w których spędzanie czasu było marzeniem niejednej gospodyni na zagrodzie.

Pani Nina Majewska – Brown w swojej książce „Florentyna i Konstanty”, stanowiącej pierwszy tom trylogii „Zakładnicy wolności” zabiera nas w pomyśleć by można, że nie tak odległe czasy, bo równe sto lat wcześniej. Autorkę poznałam już, dzięki jej książkom opowiadającym o Auschwitz, dlatego wiedziałam, że sięgając po te pozycję raczej się nie zawiodę. I choć miałam wyjątkowe trudności w tym tygodniu w skupieniu się na czymkolwiek (może to upał a może dopada mnie jakiś czytelniczy zastój? (Oby nie!), poradziłam sobie z nią dość sprawnie.

Pierwsze co rzuca się w oczy, kiedy bierze się książkę do ręki to to jak została wydana. Nie mogłabym użyć tu innego słowa: jest po prostu śliczna i robi wrażenie. Ślę tu zatem specjalnie ukłony w stronę Wydawnictwa Bellona.

Okładka przykuła zresztą mój wzrok jeszcze zanim w ogóle przypuszczałam, że tak szybko trafi w moje ręce. Papier jest gruby, przez co książka sprawia wrażenie cegiełki, ale w środku oprócz treści znajdujemy też mnóstwo fotografii, porad sprzed wieku, wyjaśnień odnośnie opisywanych wydarzeń historycznych a nawet fragmenty gazet i czasopism. Powieść wieńczy dziennik powstańca wielkopolskiego.

Pani Majewska – Brown osadziła akcję w Wielkopolsce, w majątku niedaleko Poznania i ten pomysł uważam za niezwykle trafny, ponieważ pozwala na refleksję, że wielkie wydarzenia w Polsce nie działy się tylko w Warszawie, (czasem odnoszę takie wrażenie, zwłaszcza kiedy przychodzi do rozważań nad II wojną światową). Czytając, momentami mimowolnie oddalałam się myślami w stronę ukochanych „Nocy i dni” Marii Dąbrowskiej, które choć rozgrywały się nieco wcześniej to również w Wielkopolsce.

W owym majątku mamy do czynienia z tytułowym małżeństwem, Florentyną i Konstantym Zabierzyńskimi, ich dziećmi, kilkorgiem z ich służby oraz rodziną, która co i rusz wpada na „wiejskie wakacje”, (każdy, kto jest już po lekturze książki pomyśli teraz, całkiem trafnie, o postaci dosłownie upiornej teściowej, z którą Flora musi się zmagać).

Wydarzenia rozgrywają się tuż przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości i prowadzą nas przez wojnę z bolszewikami aż do 1924 roku. Wielkim plusem jest, że w zasadzie przez całą historię nie ruszamy się z dworku. Autorka uczyniła Florentynę narratorką powieści i dzięki temu dowiadujemy się o wszystkim, co się dzieje z gazet lub rozmów, śledząc także prozaiczne wydarzenia w domu. Poznajemy myśli i rozważania głównej bohaterki, uczestniczymy w jej zmaganiach (nie tylko z teściową, ale także z każdym niebezpieczeństwem jak wyjazd męża do Poznania w czasie powstania czy choroba dzieci), śledzimy ciekawostki związane ze zmieniającą się modą i sposobem myślenia o kobietach i samych kobiet.

Wszystko to jest niesamowicie fascynujące, bo choć dzieli nas zaledwie sto lat, a rok 1920 wcale nie wydaje się tak naprawdę jakiś bardzo odległy, trudno sobie wyobrazić, że to właśnie wtedy prąd dopiero zaczynał być w powszechnym użyciu i wzbudzał niemałe emocje. Że rower był obiektem pożądania, samochody dopiero stawały popularne a ludzie musieli radzić sobie chociażby bez pralki. Wydaje mi się, że rozgrywanie się akcji niejako obok najważniejszych wydarzeń historycznych tamtych czasów jest tylko plusem tej powieści. Umacnia to w przekonaniu, że to co rozgrywa się pod każdym dachem, prozaiczne proste czynności, zwykłe radości i małe dramaty to także historia warta opowiedzenia.

Cieszy także bliskość między głównymi bohaterami, bo ileż to razy dostawałam oklepane literackie motywy, w których w małżeństwie się nie układało, ktoś wzdychał do kogoś innego i usychał z tęsknoty. Czułość Florentyny i Konstantego nie jest nachalna, nie powoduje niesmaku, a wszelkie nowinki dotyczące kontroli urodzin w początkach XX wieku tylko wzmagają zainteresowanie ;).

Książka ma jednak minus. To wrażenie, że czas gna tam jakoś za szybko. W pewnym momencie już nie mogłam się połapać ileż to czasu mogło minąć, bo w jednym momencie najmłodsze dzieci są zaledwie niemowlętami, w drugim już dostaję wzmiankę, że są całkowicie samodzielne. Nie było to bardzo przeszkadzające, ale parę razy wybiło mnie z rytmu.

Cieszę się, że mogłam przeczytać tę książkę i że zasila moją prywatną biblioteczkę. Z przyjemnością sięgnę po kolejne dwa tomy.

Przeczytane: 07.07.2021

Ocena: 7/10


Autograf Autorki w moim egzemplarzu :)