piątek, 4 marca 2022

"Istnieje miłość i zemsta. Jestem ucieleśnieniem ich obu"*: "Diuna. Książę Kaladanu" B. Herbert i K. J. Anderson


 

Wiadomość o planach wydania „Księcia Kaladanu” spadła na mnie jak grom z jasnego nieba, tym bardziej, że w recenzji „Diuny” pisałam, że marzę o poznaniu księcia Leto sprzed wyruszenia na Arrakis. Co prawda miałam na myśli raczej moment obierania przez niego władzy, niemniej fakt, że syn Franka Herberta, Brian wraz z Kevinem Andersonem popełnili książkę o Leto na Kaladanie sprawił mi niezmierną przyjemność.

Z niecierpliwością zatem oczekiwałam ponownego spotkania z księciem Leto Atrydą i wreszcie mogę przyznać, że mam już to spotkanie za sobą.

W „Księciu Kaladanu” Paul ma 14 lat, a więc od rozpoczęcia akcji na Diunie dzieli nas jeszcze mniej więcej rok. W trakcie czytania odczuwa się już niepokoje tego co ma się wydarzyć. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że początek książki jest zarówno początkiem końca, równią pochyłą do tego, co wszyscy wiemy, że musi się zdarzyć.

Z Leto spotykamy się ponownie przy okazji jego wyprawy na nowo zaadaptowaną przez Padyszacha Imperatora planetę, który w ten sposób pragnie ukazać potęgę swojego rodu. Książę Kaladanu leci tam z poczucia obowiązku i choć wszystko zapowiada raczej sztywny festiwal podlizywania się Imperatorowi, sytuacja staje się dramatyczna, kiedy terroryści doprowadzają do zamachu. Leto oraz kilku innym szlachcicom (w tym Imperatorowi) udaje się uciec, ale od tej pory nic nie jest już takie jak dawniej. Porządek na planetach zostaje zaburzony, ginie wielu przedstawicieli arystokracji, Padyszach Imperator wyciąga daleko idące konsekwencje, (w co oczywiście zamieszana jest przyprawa) a na domiar złego i na Kaladanie zaczyna się źle dziać. Ktoś rozprowadza śmiertelnie groźny narkotyk stworzony z rośliny, która rośnie tylko na planecie Atrydów.

„Książę Kaladanu” jest zaledwie preludium (to pierwsza część trylogii), w której sojusze dopiero się zawiązują a niepokoje zaczynają dopiero wlewać się we wszystkie serca.

Uczynienie z Leto głównego bohatera uważam za zabieg idealny. Książę nie stracił ani trochę ze swego uroku, mimo wszelkich przeciwności z jakimi musi się w tym tomie zmierzyć (zamach na Ottorio, tajemniczy narkotyk, a także bardziej przyziemnie: z kim skoligacić ród Atrydów poprzez ożenek Paula?). W dalszym ciągu jest charyzmatycznym i sprawiedliwym władcą, któremu na sercu leży jedynie dobro poddanych, a nie zyski i bogactwa. Ponowne spotkanie z pozostałymi bohaterami też jest jakby balsamem dla duszy, choć przecież od momentu, kiedy zamknęłam „Diunę” na dobre nie minęło nawet pół roku.

Styl syna Franka Herberta oraz współautora książki, Kevina Andersona nie jest może tak wybitny i niesamowity jak styl autora pierwowzoru, ale książkę czytało się dobrze i dynamicznie, (choć mnie zajęło to jakieś dwa tygodnie, bo wciąż nie potrafię ogarnąć się w roli pani domu). Nie przeszkadzał nawet fakt, że „Książę Kaladanu” to prequel, a czytelnik zaznajomiony z „Diuną” doskonale wie co stanie się z każdą postacią, (odbiera to czytającemu dreszczyk emocji w postaci zastanawiania się czy dana osobna pewno przeżyje w chwilach grozy, których w tym tomie nie brakuje). Dla mnie możliwość sięgnięcia po „Księcia…” była po prostu cudowną okazją do zanurzenia się w świecie Atrydów po raz kolejny.

Przeniesienie ciężaru czarnego charakteru z Harkonnenów na kogoś innego też uważam za fajny zabieg i dobrą odskocznię, żeby wziąć oddech. Nie żeby Harkonnenowie nie byli w tym tomie złem wcielonym. Po prostu baron pojawia się na kartach powieści na tyle rzadko, że można od niego odpocząć. Natomiast przy okazji tropienia produkcji kaladańskiego narkotyku poczułam się nawet jakbym czytała kryminał, co też było powiewem świeżości, choć szczerze mówiąc w prozie samego Franka Herberta tego bym się nie spodziewała. Ale czytelnicze gusta się zmieniają, ludzie nierzadko narzekają, że w książkach jest za mało akcji. Wygląda na to, że wątek kryminalny na Kaladanie zawdzięczamy ewolucji literatury.

Czy „Książę Kaladanu” ma jakieś wady poza tym, że nie jest książką Franka Herberta i próżno się w niej doszukiwać głębi pierwowzoru, (proszę mnie źle nie zrozumieć, żaden to zarzut). Jak dla mnie, z punktu widzenia literatury rozrywkowej, nie. Cieszę się, że mogłam powrócić na Kaladan i zobaczyć się z księciem Leto po raz kolejny, (a powiedzmy sobie bez ogródek, Leto Atryda już zawsze będzie mieć dla mnie twarz Oscara Isaaca). Wierni fani „Diuny” mogą być jednak trochę rozczarowani faktem, że na samym Arrakis przebywamy przez bardzo krótki czas, a czerwie pustyni spotykamy chyba tylko dwa razy. Nie dziwi to jednak, ponieważ clue akcji skupia się na planecie Atrydów.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć o wydaniu. Rebisie, to co dostałam w ręce jest przecudne! Piękna obwoluta z ilustracjami (także wewnątrz) Wojeciecha Siudmaka a także złota okładka pod obwolutą dopełniają tylko szlachetnego wizerunku „Księcia Kaladanu”. To wydanie to doprawdy perełka, na którą Leto z pewnością zasługuje.

Nie mogę się już doczekać kolejnych tomów, zwłaszcza, że pierwszy zakończył się zwrotem akcji, który sprawił, że serce zaczęło mi bić szybciej, („Ale jak to?!”, krzyczało). I nawet będąc po lekturze „Diuny” i wiedząc, że wszystko będzie dobrze, poczułam smutek i niepokój. Czekam na „Panią Kaladanu” z niecierpliwością. Ponowne spotkanie z Leto, Jessicą, Paulem, Duncanem Idaho czy Gurneyem Halleckiem będzie jak wizyta starych przyjaciół, którzy usiądą ze mną na kanapie i opowiedzą co u nich i jak udało im się wyjść z sytuacji, w której widzieliśmy się ostatnio. Nie mam przecieków co do planowanej daty wydania drugiego tomu, ale będę sobie umilać oczekiwanie filmową wersją „Diuny”.

 

Dziękuję Domowi Wydawniczemu Rebis za możliwość ponownego odetchnięcia powietrzem przesyconym melanżem. Cała przyjemność po mojej stronie.

 

 *przedmowa do Kaladańskiej Rady Wojennej księcia Leto Atrydy, tamże, s. 367


Przeczytane: 01.03.2022

Ocena: 7/10

czwartek, 10 lutego 2022

Potwór ze strzelbą przy oku: "Kat z Płaszowa" M. Czornyj

 



Amon Goeth ma twarz Ralpha Fiennesa.

Każdy kto oglądał tę doskonałą ekranizację świetnej książki Thomasa Keneally’ego – „Lista Schindlera” – to potwierdzi.

I z tą myślą siadałam do lektury najnowszej (ups, już nie najnowszej, bo kiedy ją kończyłam autor zdążył już zapowiedzieć kolejną premierę) książki Maxa Czornyja.

„Kat z Płaszowa” opowiada o błyskotliwej karierze austriackiego członka SS, Amona Goetha. W młodości narodowościowe hasła trafiły na podatny grunt jego umysłu. I tak, wspinając się po szczeblach kariery, (czasem dlatego, że po prostu znajdował się we właściwym miejscu o właściwym czasie), Hauptsturmführer Amon Goeth stał się likwidatorem gett w Polsce. Jego zbrodnicza i bezwzględna praca nie pozostała bez echa. W zamian za wzorowe wywiązywanie się z poleconych mu zadań, (które obejmowały selekcjonowanie Żydów na tych nadających się do katorżniczej pracy i tych, którzy mają umrzeć) pan kapitan dostał rozkaz specjalny. Miał uczynić w podkrakowskim Płaszowie obóz pracy. Od zera. To tam narodziła się legenda olbrzymiego mężczyzny, lubującego się w wytrawnych trunkach, (w ilościach co najmniej nadmiernych), pięknych kobietach, przyjęciach i strzelaniu z tarasu swojej sypialni do więźniów, (ponoć nie było to możliwe ze względu na odległość i Goeth rzekomo musiał raczej robić to z werandy na parterze, no ale legenda to legenda).

Max Czornyj w swojej książce wyselekcjonował zbrodnie Goetha prawdopodobnie po to, żeby książka nie była tylko jedną wielką kroniką zbrodni a i po takiej selekcji było o czym pisać. Czytało mi się to znacznie lepiej niż poprzednią powieść z tej serii „Bestię z Buchenwaldu” (nawet jeśli wciąż brakowało mi bardziej zaznaczonych ram czasowych). „Kat…” jest nieco grubszy i nie mam wrażenia skondensowania zbrodni i sprowadzania treści tylko do nich i szybkiego streszczenia życia głównej postaci. Ciężko powiedzieć, że czerpałam przyjemność z czytania, ale na pewno zapoznawałam się z treścią z większym zainteresowaniem. Być może przez to, że z postacią Amona (na użytek własny) jestem bardziej zaznajomiona niż z Ilse Koch. A także dlatego, że każda wzmianka o ukochanym Krakowie wciąż wywołuje u mnie szybsze bicie serca. Nawet tak mroczna jak ta historia.

Autor zdecydował się na narrację pierwszoosobową, tak samo jak poprzednio. Dzięki temu poznajemy Amona lepiej, nawet jeśli większość z jego myśli to tylko imaginacja pisarza. Goeth był osobą pozbawioną skrupułów, święcie wierzącą w słuszność swoich racji oraz własną bezkarność. Nawet mimo narracji pierwszoosobowej, pisarz nie próbował wybielić ani usprawiedliwić okrutnego oficera SS. Zresztą ciężko byłoby usprawiedliwić jakikolwiek czyn Goetha i nie współczujemy mu ani kiedy alkohol przestaje mu smakować ani kiedy cierpi na chroniczną bezsenność. A tym bardziej, kiedy wreszcie przychodzi na niego koniec, który sam sobie zgotował.

Przez całą lekturę oczekiwałam jakiejkolwiek sceny z udziałem Oskara Schindlera. Niemiecki fabrykant został tam jednak tylko wymieniony raz, a mnie trudno stwierdzić czy jestem zadowolona czy rozczarowana. Bardzo lubię nawiązywanie do innych dzieł, w serialu nazywałoby się to „corssoverem”.

Sądzę, że nie jest to pozycja dla ludzi o słabych nerwach. Czornyj już nieraz udowodnił, że sugestywne opisy przychodzą mu gładko. I równie gładko zapadają w pamięć czytelnika. Jeśli więc interesuje Was postać Amona Goetha, ale nie macie ochoty czytać o śmiertelnych ranach postrzałowych, rozszarpanych przez psy zwłokach czy kopaniu licznych grobów, lepiej sięgnijcie po wikipedię (uwaga! Nie sprawdziłam czy wikipedia jest delikatniejsza w tym temacie). Wielbicielom makabry jak najbardziej tę pozycję rekomenduję. Tym bardziej, że nie jest to tylko chora wyobraźnia twórcy, a historia która wydarzyła się naprawdę.

Czornyj znalazł sobie niezłą niszę. W zalewie książek o II wojnie światowej, koncentrujących się głównie na bohaterach, zakazanych miłościach, trudnych przeżyciach okupowanych, on wziął się za okupantów, czarne charaktery, wrogów, najeźdźców, oprawców, potwory. Dzięki temu materiału na kolejne książki raczej mu nie braknie, a ja będę chętnie po nie sięgać. Szkoda tylko, że wydaje książki w tempie, które dla mnie oznacza już produkcje a nie tworzenie.

Przeczytane: 08.02.2022

Ocena: 7/10