środa, 13 lipca 2022

Pod kloszem w Odessie: "Wszystko dla ciebie" K. Ryrych

 


Pierwszy tom „Czarnej walizki” Katarzyny Ryrych zatytułowany „Wszystko dla ciebie” skusił mnie tematyką i dobrymi opiniami. Nie była to książka przesadnie reklamowana na instagramie, nie widziałam jej w mediach. Nie wyskakiwała z każdej szafy ani nie została nadmuchana do rozmiarów arcydzieła. Przeszła troszeczkę bez echa. Jej drugi tom został już także wydany i w sumie poziom popularności serii nie wzrósł. A przynajmniej ja tego nie zauważyłam.

Katarzyna Ryrych we „Wszystko dla ciebie” zaczyna z wysokiego C. W klasztorze we Lwowie zdarza się cud. Zakonnica w podeszłym już wieku, znajduje na progu dzieciątko. Jest środek zimy, dziecko jednak żyje, ogrzewane bochenkiem świeżego chleba. Siostra Agłaja dostaje przykaz od samej Najświętszej Panienki, aby ochrzcić dziecko imieniem Mikołaj. Tak też się dzieje, a Agłaja w nagrodę dostępuje cudu możliwości wykarmienia dziecka. Chłopiec szybko zostaje adoptowany przez bogatą parę z Odessy i odtąd tam toczy się jego życie. Z dala od wszelkich problemów i okrutnego świata, wychowywany jest pod kloszem jak małe książątko. W dodatku ważą się również losy jego przyszłości i ożenku. Czas mija, Mikołaj rośnie i dojrzewa. Odkrywa świat najpierw oczami dziecka, później nastolatka aż w końcu staje się dorosły i żonaty. Równolegle poznajemy losy dość ekscentrycznej pary byłego złodziejaszka, Arbuza i aktorki Lidii, którzy zupełnie przypadkiem zostali rodzicami chrzestnymi Mikołaja.

Styl Pani Katarzyny jest momentami bezkompromisowy i dosadny. Zazwyczaj w książkach o tej tematyce, autorki (tudzież autorzy) próbują opisywać niektóre sytuacje na okrętkę za pomocą wymyślnych metafor. Książkę do tego czyta się szybko, pomaga w tym nie tylko czcionka, ale także rozmiary powieści. Liczy ona bowiem zaledwie 250 stron. Przeczytałam 150 z nich w ciągu jednego dnia, co nie zdarzyło mi się od dawna. Odkładałam książkę z poczuciem, że oto jednak się da zacząć i skończyć książkę niemal w ciągu doby. Przyznam, ze byłam tym nieco skołowana, przyzwyczajona jestem raczej do faktu, że oczy zamykają mi się po pięćdziesięciu stronach, gdyż nieubłagany budzik dzwoni o szóstej rano. I nie mogę też powiedzieć, że czytałam bez przerwy cały dzień, że się uparłam. Co to to nie. Zdążyłam ugotować obiad, pojeździć na rowerze, zająć się sprzątaniem i kwiatkami na cmentarzu. A piszę o tym wszystkim, ponieważ jestem zwyczajnie z siebie dumna :D

Wracając do książki. Sam Mikołaj, nawet jako główny bohater do pewnego momentu nie wzbudzał we mnie przesadnych uczuć. Przyjemnie się czytało o jego przyjaźni z chłopcem z niższych sfer i żałuję, że Autorka tak szybko skończyła ten wątek. Nastąpił jednak moment w książce, w której poczułam się jego bratnią duszą. Był to moment jego wyjazdu do Zakopanego. Odczułam wtedy na własną skórę jego zachwyt na widok Tatr i tęsknotę do codziennego ich oglądania, (chciałabym wyjrzeć przez okno każdego dnia i zobaczyć Giewont i niech mi nikt nie próbuje wmawiać, że znudziło by mi się, że przestałabym zauważać góry, będąc tam, bo to tak jakby mi ktoś powiedział, że pewnego dnia znudzę się czytaniem książek – nie ma szans). Moje tożsame z Mikołajem uczucia nie minęły, kiedy postanowił wyprawić się do Krakowa, (gdyż obok Podhala jest to drugie miejsce, o którym gdyby ktoś powiedział: „Pakuj się, będziemy mieszkać w Krakowie” byłabym gotowa w ciągu pięciu minut) i odkrył zalety tamtejszej bohemy, (jako sercem artystka nieustannie widzę się w zadymionej piwnicznej knajpce na Rynku Głównym, ubrojona w kartkę papieru i pióro i głowę pełną marzeń, notująca w swym mniemaniu wielką powieść, podczas gdy moi kompani-artyści przy sąsiednim stoliku raczyliby się absyntem i klepali równie słodką biedę co ja). Poza przyjaźnią z Sieńką, żałuję również przyjaźni Mikołaja z Marią. W dzieciństwie byli nierozłączni, nie poróżniała ich płeć, byli przyjaciółmi. Szkoda, że przestali się rozumieć i wpadli w sidła uknutego wcześniej losu.

Ale Mikołaj nie jest przecież jedynym bohaterem tej powieści. Jego mamka Chaja to ciekawa postać, choć jej przeistoczenie się w kobietę sukcesu uznałam za nieco niewiarygodne. Może dlatego, że została nam oszczędzona żmudna droga na szczyt. A szkoda. Z treści dowiadujemy się tylko, że Chaja po latach tułaczki osiągnęła popularność i tyle. Zresztą autorka przeskakiwała w latach chętnie. Wszak śledzimy drogę Mikołaja od noworodka do dorosłości i to zaledwie na 250 stronach.

Najjaśniejszym punktem lektury był Arbuz i Lidia. Do nich zapałałam największą sympatią, mimo wątpliwej moralności obojga. Byli sprytni i zakochani w sobie, choć nie brakowało w ich życiu też gorzkich momentów. Czytałam o nich z prawdziwą przyjemnością.

W ogóle czytałam tę książkę z przyjemnością i cieszę się, że mimo niewystarczającego szumu, trafiła ona w moje ręce. Chętnie sięgnę po drugi tom, żeby przekonać się jak potoczą się dalsze losy tych, których poznałam na kartach pierwszej części.

Przeczytane: 09.07.2022

Ocena: 7/10

czwartek, 7 lipca 2022

Blade twarze kontra indiańska magia: "Manitou" G. Masterton

 


Rok po debiucie Stephena Kinga, który ruszył na podbój czytelniczych serc za pomocą „Carrie”, na rynku książki pojawił się nowy gracz – Graham Masterton.

Jego debiut nosił tytuł „Manitou” i opowiadał o siedemnastowiecznym indiańskim szamanie, który korzystając z ciała młodej dziewczyny, wraca do żywych. Sęk w tym, że choć w chwili jego pojawienia się jest już XX wiek, potężny szaman wciąż pała żądzą zemsty na białym człowieku.

Dzięki Domowi Wydawniczemu Rebis miałam okazję sięgnąć po tę pozycję przy okazji jej ponownego wydania.

Największym zaskoczeniem tej niedługiej książki może być fakt, że to nie Karen, niewinna ofiara okrutnego szamana, jest główną bohaterką. Ani nawet lekarz, który usiłuje jej pomóc. Masterton uczynił nim wróżbitę, znawcę tarota i jak nietrudno się domyślić hochsztaplera, naciągającego staruszki na wróżenie z kart. Harry Erskine, poza tym, że ma żyłkę do interesów i nie za bardzo wierzy we wszystko czym się zajmuje jest także mężczyzną obdarzonym urokiem osobistym i poczuciem humoru.

To właśnie Erskine wniósł w historię nutkę niepowagi i rozluźnienia. Słysząc słowo „horror”, człowiek spodziewa się raczej grozy i duchów wyskakujących z każdego kąta, (niektórzy lubią jeszcze jak przeciwnik wyposażony jest w piłę mechaniczną). Tymczasem główny bohater „Manitou” z początku raczej niepoważnie do wszystkiego podchodzi, a nawet kiedy zaczyna wierzyć w istnienie siedemnastowiecznych szamanów to i tak nie pozbywa się swego rodzaju nonszalancji. Jest to zdecydowanie na plus, choć trudno uwierzyć, że coś takiego może być mocną stroną książki z gatunku opowieści grozy.

Książce nie szkodzi nawet to, że w sumie jest horrorem klasy B i pod pewnym względami można by ją pewnie było określić jako kiczowatą. Spełnia jednak swoją rolę, może nie wlewa w serca czytelników niewyobrażalnej grozy, ale dostarcza rozrywki i jest dobrą odskocznią nie tylko od codzienności, ale i od innych książek.

Swoimi niewielkimi rozmiarami wystarczy na góra dwa wieczory, (ja ją czytałam jednak dłużej wskutek splotu okoliczności zwanych życiem), a styl Mastertona w tej książce jest przyjemny i nie wymaga od czytelnika wysiłku.

Jak wszystko na świecie, powieść nie ustrzegła się jednak minusów. Finałowa walka z obdarzonym potężną mocą szamanem trwała zdecydowane… za długo. Obejmuje jakąś jedną czwartą całej cienkiej książki, (całość ma 220 stron) i przez większość czasu polega na uciekaniu przed pewną śmiercią po korytarzach szpitala i pogawędkach. Efektowność ostatecznego rozprawienia się z Misquamacusem została rozwleczona i przez to raczej się dłuży niż powoduje wypieki na twarzy. Wszystko wydawać się może też nieco niewiarygodne, (pomijając fakt, jak bardzo wiarygodny jest siedemnastowieczny szaman, czyniący sobie żywiciela z ciała młodej współczesnej kobiety), gdyż oto potężny Misquamacus jakimś cudem nie jest w stanie przez kilkadziesiąt stron dorwać naszych bohaterów, którzy radzą sobie z nim przypadkowymi i dość chaotycznymi działaniami. Cóż, nie taki szaman potężny i straszny jak go malowali.

W chwili, kiedy kończę pisać te słowa, wiem, że druga część zmagań Harry’ego Erskine’a z indiańskimi wierzeniami już gna do mnie pocztą. Chętnie po nią sięgnę, bo nawet jeśli nie jest to literatura na miarę Nagrody Nobla to chyba na co dzień w życiu zupełnie nie o to chodzi. Liczy się rozrywka, odprężenie i radość z czytania. A „Manitou” Grahama Mastertona to mi właśnie dało.

Przeczytane: 05.07.2022

Ocena: 6/10