wtorek, 6 grudnia 2022

"Wielka sława to żart"*: "Daisy Jones And The Six" T. Jenkins Reid

 


Wreszcie przyszła i moja kolej, żeby sięgnąć po osławioną Taylor Jenkins Reid. Wyrób padł na „Daisy Jones & The Six”, bo umówmy się, w moim przypadku nie mógł być inny. Muzyka jest moją absolutnie największą miłością i choć sama na niczym nie gram, nie wyobrażam sobie bez niej życia. Nie boję się też stwierdzenia, że jest ważniejsza niż książki.

Powieść, udająca biografię fikcyjnego zespołu, święcącego triumfy w latach 70. była więc naturalnym wyborem lektury dla kogoś takiego jak ja. Choć znacznie bliżej mi do muzyki lat 80. i 60., (psychodeliczny rock lat 70. jakoś zwykle schodził u mnie na dalszy plan) nie mogłam się wręcz doczekać aż sięgnę po tę książkę.

Na kartach powieści poznajemy początki, a także cały przebieg kariery grupy The Six. Członkowie zespołu opisują swoje przeżycia, wspomnienia, procesy twórcze, nagrywanie krążków, sesje zdjęciowe i w końcu wielkie koncerty. Ważnym momentem w historii zespołu jest dołączenie do niego ikonicznej Daisy Jones.

Książka napisana jest w formie wywiadu-rzeki, w którym bohaterowie co po chwilę przerywają sobie, dorzucają własnej wspomnienia i przemyślenia, przywołują wydarzenia dla siebie ważne. Podobało mi się, że każdy z członków zespołu pamiętał dane wydarzenie inaczej, że poprawiali się nawzajem. To było fajne, przypominało, że ludzka pamięć jest zawodna, że prawda jest subiektywna.

Ale czy forma wywiadu naprawdę sprawdziła się w takiej książce?

I tak i nie. Grupa The Six według autorki książki a także autorki wywiadu była fenomenem. W momencie rozpadu zespołu w 1979 roku znajdowali się w ścisłej światowej czołówce, mieli na koncie trzy świetnie przyjęte płyty z czego ostatnia była okrzyknięta genialną. Mieli na wokalu charyzmatycznego Billy’ego i przepiękną, eteryczną, wyjątkową Daisy Jones. Dostaliśmy jednak tylko wspomnienia zespołu, zabrakło mi czegoś co byłoby potwierdzeniem ich fenomenu. Wypowiedzi fanów, jakieś emocje, opisy oczekiwania na płytę, koncert. Brakuje też wypowiedzi innych muzyków, może z innych znanych zespołów z tamtych lat, tych jak najbardziej rzeczywistych. Na pewno bym się uśmiechnęła, gdybym zobaczyła, że o zespole wypowiada się Paul McCartney, Ozzy Osbourne, Ray Manzarek komentuje klawisze Karen itd. itp.

Główny wątek, chemia między Billym a Daisy nie był pozytywnie angażujący. Billy jako żonaty mężczyzna, (który całą swoją karierę oparł na miłości do żony), zafascynowany w pewnym momencie koleżanką z zespołu wzbudzał wręcz negatywne uczucia, Daisy zresztą też, (nie neguję jednak ich nagłego zauroczenia, ponieważ muzyka potrafi zdziałać cuda, tak samo jak jej wspólne wykonywanie). Żadnego z nich nie potrafiłam polubić, choć doskonale wpasowywali się w legendy o rozbuchanym ego wokalistów.

Daisy nie polubiłam szczególnie. Wszystko co miała jakoś spadło jej z nieba i wszystko to topiła w morzu prochów i alkoholu. To też wpisywało się w kolorowe lata 70, a jednak nie było w niej żadnej refleksji, (obyło się też bez opisów negatywnych skutków długotrwałego ćpania i picia). Informację o jej świetnym głosie i cudownym wyglądzie musiałam przyjąć za pewnik. Znacznie bardziej zaangażował mnie wątek keyboardzistki Karen i gitarzysty Grahama. Tragiczny i smutny miał jednak w sobie jakąś autentyczność. Nie do końca też złapałam moment, w którym pojawił się konflikt między Eddiem (gitarzystą rytmicznym) a Billym, tak jakby został wpisany w fabułę na siłę, żeby między członkami zespołu coś się działo. Choć rozumiem, że w pewnym momencie cały zespół mógł mieć już siebie dość, co nieuchronnie przyczyniło się do zakończenia jego kariery.

The Six zbudowało swoją popularność na byciu w odpowiednim momencie w odpowiednim czasie. Spotkali na swojej drodze właściwych ludzi, którzy nimi pokierowali. I nie jest to nic nadzwyczajnego, bo muzyczna historia zna takie przypadki, (w zasadzie pewnie każda biografia muzyka zaczyna się w ten sposób: po prostu zadziałało tyle czynników, że nie miał wyjścia i musiał zrobić karierę). Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy gdyby była to autentyczna grupa to czy bym ich słuchała (i to tak żarliwie, jak chce mnie o tym przekonać książka) i ciężko mi jednoznacznie tę powieść ocenić. Bawiłam się dobrze, ale nie czułam związku z żadnym członkiem grupy, a forma wywiadu trochę odbierała płynności opowiadanej historii, przez co nie czułam, żebym chłonęła tę książkę. Szkoda, że nie została ona okraszona jakimiś zdjęciami, bo przecież w dzisiejszych czasach nietrudno to zrobić jakiś fotomontaż lub zaangażować aktorów do odegrania danej scenki lub opracować graficznie jakieś zbiory fanów. To tylko uwiarygodniłoby całą historię i na pewno zadziałało na plus.

Przeczytane: 05.12.2022

Ocena: 6/10


*tytuł recenzji jest jednocześnie tytułem arii z operetki "Baron cygański"

niedziela, 27 listopada 2022

Chatka Baby Jagi: "Zło pójdzie za tobą" M. Edwards

 

(Leon sprawdza czy zło, aby na pewno nie poszło za nami)


Dziękuję Wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzencki książki.

 

Jakiś czas temu obiecałam sobie, że będąc sama w mieszkaniu nie będę sięgać po horrory czy inne książki o tematyce, która stawiałby mnie na nogi przy każdym podejrzanym dźwięku w innym pokoju. Wydawnictwo Muza, podarowując mi „Zło pójdzie za tobą” Marka Edwardsa do recenzji, bynajmniej nie pomogło mi w dotrzymaniu tej obietnicy ;) Intrygujący opis fabuły jednak nie pozwolił mi długo zwlekać z sięgnięciem po tę książkę, (a już na pewno czekać aż me słomiane wdowieństwo się skończy).

Laura i Daniel, szczęśliwa para Brytyjczyków po trzydziestce wybiera się w podróż marzeń po Europie. Jednym z ich przystanków ma być Sighisoara w Rumunii. W czasie podróży pociągiem, odkrywają, że ktoś ukradł im paszporty. Zostają wysadzeni na jakiś zapomnianej przez Boga stacyjce w środku nocy i z całych sił próbują dotrzeć do cywilizacji. Nie obywa się oczywiście bez komplikacji. Zapuszczają się w las, w którym natrafiają na pozornie opuszczony dom, który kryje mroczne tajemnice. Po powrocie do Londynu żadne z nich nie jest już takie samo, jak przed wycieczką

Początkowo, zarówno opowieść o podróży Daniela i Laury, jak i wszystko co dzieje się po ich powrocie jest intrygujące. Autor buduje napięcie, nie zdradzając nam przez wiele stron, co wydarzyło się w tajemniczym domu w środku lasu. Wiemy tylko, że oboje bohaterów wróciło przerażonych, a następstwa tych wydarzeń są przykre. Para rozstaje się. Daniel szuka zapomnienia w alkoholu, (choć próbuje się ratować terapią), a Laura powoli popada w obłęd. Kilka miesięcy po powrocie nic nie wskazuje na to, że między Laurą a Danielem jeszcze się ułoży a oni sami zapomną i będą żyć dalej. Tym bardziej, że ktoś zdaje się ich prześladować i szukać śladów związanych z ich pobytem w tamtym domu. W końcu Daniel decyduje się na zatrudnienie detektywa, (jakoś za połową książki) i dopiero wtedy dowiadujemy się, co tak naprawdę zaszło.

I niestety od tego momentu historia jakoś straciła w moich oczach na oryginalności i polocie. Jako fanka wszelkiego rodzaju duchów i zjaw, poczułam się nieco rozczarowana faktem, że wszystko to co się działo było raczej materialne. Przerażające oczywiście, ale jednak nie miało w sobie ani krzty paranormalności. Cała sprawa robiła się zagmatwana, okazało się, że każdy kto nam się przewinął w treści miał powiązania z każdym i nic co się zdarzyło nie było dziełem przypadku. Nawet to, że Daniel i Laura zabłądzili w lesie i trafili do przerażającego budynku.

Narratorem historii był Daniel i mimo całej mojej sympatii to tej nieco pierdołowatej postaci, uważam, że Autor powinien obsadzić w głównej roli kogoś z większą charyzmą. Ale nie Laurę, bo ona była z kolei nieco irytująca. Rozumiem, że oboje przeżyli traumę, jednak ich zachowanie wydawało mi się dość irracjonalne. W ciągu kilku dni zaliczają kradzieże, napady, tajemnicze zgony, próby samobójcze i spore stężenie Rumunów na metr kwadratowy. Daniel jednak nie wygląda na przejętego faktem, że policja macha na niego ręką. Instaluje kamery, ale nie zmusza policjantów, żeby zajęli się sprawą za wszelką cenę. Traci laptopa, szczują go groźnym psem itd., on jakoś nie wydaje się odczuwać zagrożenia. Ja chyba nie wyszłabym z posterunku policji, gdyby ktoś nie zapewnił mi bezpieczeństwa. Laura reaguje bardziej emocjonalnie, ale z biegiem czasu okazuje się, że nosi w sobie tajemnice i to bardziej ona spędza jej sen z powiek.

Styl Autora jest dobry, choć złapałam go parę razy na dialogach o niczym. I choć książka faktycznie trzymała do pewnego momentu w napięciu to zabrakło mi grozy, którą powinni chyba odczuwać bohaterowie, będąc śledzonymi, napadanymi i zagrożonymi. Nie jestem do końca pewna, w jakim kierunku chciałabym, żeby podążyła fabuła, kiedy Daniel wreszcie zdecydował się wyznać co stało się w rumuńskim lesie. Wiem, że poczułam, że rozwiązanie choć straszne, było dla mnie zbyt banalne.

Niemniej całkiem dobrze się bawiłam, czytając tę książkę, a miłośnikom thrillerów polecam do własnej oceny.

Przeczytane: 26.11.2022

Ocena: 6/10