wtorek, 28 lutego 2023

Czy to jest PSIjaźń czy to jest kochanie? "Był sobie psiak" L. Shane

 


Domowi Wydawniczemu Rebis dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

 

„Był sobie psiak” Lizzie Shane przyciągnął mnie, a jakże, tytułem. Taka psiara jak ja nie mogła przejść koło tej książki obojętnie. Nie wzięłam jednak pod uwagę, że pies będzie tu tylko tłem.

Maximus jest wielkim wilczarzem irlandzkim. W pierwszej scenie demoluje kanapę swojego właściciela, Connora, eleganckiego i przystojnego prawnika. To zdarzenie jest motorem do działania, żeby nauczyć Maxa dobrych manier.

Jego trenerką ma zostać Deenie. Różowowłosa, spontaniczna dziewczyna, dorywczo pomagająca w schronisku, a na co dzień urządzająca przyjęcia urodzinowe, podczas których dziewczynki przebierają się za księżniczki w strojach uszytych przez Deenie i bawią wedle jej scenariusza. Dziewczyna ma podejście do psów i dzieci, ale jedyne czego pragnie to stale być w ruchu. Wracając z jednej podróży już planuje następną. Umowa o pracę nad tresurą Maxa niejako zatrzymuje Deenie w jednym miejscu.

Z początku Connor i Deenie nie pałają do siebie sympatią. Jednak czując do siebie dziwny pociąg i lubią przebywać w swoim towarzystwie. A plan, na który wpada dziewczyna (żeby udawać parę na ważnych dla nich przyjęciach rodzinnych i biznesowych) wkrótce wywraca ich świat do góry nogami.

Przyznam, że książkę czytało się dobrze. Nie była ona zbyt wymagająca i jako lektura po dniu w pracy sprawiła się idealnie. Żałuję tylko, że Maximus rzadko występował na jej kartach jako główny bohater, ale cieszę się, że zarówno Deennie (nieco szalona i nietuzinkowa) oraz Connor (poukładany, trochę sztywny, ale z dobrym gustem i pracowity) dali się lubić.

Co prawda nie jestem do końca pewna czy im kibicowałam, ale kiedy oboje po raz kolejny mieli takie same rozterki, wywracałam oczami z westchnieniem: „No zejdźcie się już”. Książka mogłaby być krótsza o parę rozdziałów, tylko dlatego, że zarówno Deenie jak i Connor co jakiś czas wracali myślami do tego samego (on poukładany, więc rozmyślał, że nie chce szalonej żony. Ona szalona, więc rozmyślała, że nie chce poukładanego męża, który ją „poskromi” i tak w kółko).

Oczywiście na kartach powieści pojawiają się także drugoplanowe postaci, mniej lub bardziej rozbudowane. „Był sobie psiak” jest drugą częścią i przyznam szczerze, że na początku lektury to odczuwałam. Miałam poczucie jakby coś mnie ominęło, jakbym czegoś nie wiedziała. Z czasem było lepiej, ale i tak pozostał mi jakiś niedosyt.

Miałam nadzieję na powieść z psiakiem w roli głównej, dostałam historię miłosną dobrą na zimowe wieczory pod kocem, jeśli ktoś oczekuje czegoś niezobowiązującego.

Polubiłam Maxa (oczywiście od razu), polubiłam Deenie, a nawet Connora, (choć jemu czasem należał się kuksaniec w żebra), a jeśli będę mieć okazję sięgnąć po pierwszą część książek o górskiej miejscowości Pine Hollow i schronisku „Kosmaci Przyjaciele” na pewno to zrobię.

Przeczytane: 28.02.2023

Ocena: 6/10

Namiętność i nieszczęście: "Rywalki" G. Paul

 



Gill Paul podbiła moje serce dwiema bardzo udanymi książkami o ostatnich carskich księżniczkach – Tatianie i Marii. Nie zawahałam się zatem uzupełnić swojej biblioteczki kolejnymi książkami Autorki. I mimo jak to zwykle bywa, odłożone na stos hańby dojrzewają do swojej kolejki (i to w trybie dłuższym niż urzędowy) to jednej z nich udało się wreszcie zostać wylosowaną i przeczytaną.

Mowa o „Rywalkach”.

Tym razem Gill Paul nie sięgnęła po czasy carskiej Rosji ani nawet nie cofnęła się bardzo w czasie. Jej najnowsza powieść (wydana w Polsce rok temu) opowiada tym razem o czasach, które wielu jej czytelników może jeszcze nawet pamiętać. W fabule przenosimy się bowiem do lat 50. i 60. XX wieku. I jak nietrudno domyślić się po tytule powieści, główne bohaterki są dwie. Niebagatelnie utalentowana i nieprawdopodobnie sławna Maria Callas oraz przyszła pierwsza dama USA, Jackie Kennedy, dopiero stawiająca swoje pierwsze kroki na drodze do bycia ikoną.

Myślę, że wielu (jeśli nie wszyscy) dobrze znają historię związku(-ów) pani Kennedy. Oddana żona młodego i popularnego prezydenta Johna „Jacka” Kennedy’ego oraz matka jego dzieci po śmierci męża pogrąża się w rozpaczy, alkoholu i syndromie stresu pourazowego, z czego jak jej się wydaje jest w stanie wyciągnąć ją tylko Aristotelis Onassis. I jego pieniądze, które zapewnią bezpieczeństwo całej trójce osieroconych przez męża i ojca Kennedy’ch. Aristotelis jest bowiem równie znanym, może nieco ekscentrycznym czy kontrowersyjnym jak na tamte czasy miliarderem, który bez dwóch zdań ma rękę do interesów. Niczym król Midas każde swoje przedsięwzięcie zamienia w złoto, choć legalność jego interesów jest niekiedy dyskusyjna.

Zanim jednak do tego małżeństwa dojdzie czytelnik ma szansę poznać relację Onassisa z Callas, a im dalej w las tym łatwiej można stwierdzić, że byli miłościami swojego życia.

To właśnie wątek Marii Callas był tym, który wciągnął mnie bardziej. I przyznam, że byłam zaskoczona, ponieważ okoliczności śmierci Kennedy’ego oraz cała jego legenda jakoś od zawsze mnie interesują. A tutaj wolałam czytać o wybitnej artystce, w której buzowała gorąca grecka krew.

Maria była nieprzewidywalna. Jej kłótnie z Aristo wprowadzały do typowo obyczajowej powieści niesamowitą dynamikę. Latały talerze, wazony, kieliszki. La Callas była żywiołem na scenie i żywiołem w związku. Onassis niejednokrotnie musiał uchylać się przed lecącym w jego stronę obiektem, rzuconym w gniewie przez tę niesamowitą kobietę.

Czy natomiast wyobrażałam sobie Jackie Kennedy jako taką, jak wykreowała ją Gill Paul? Jej Jackie była nieco przytłoczona, ukryta w cieniu męża, zdradzana ale dzielnie to znosząca, uśmiechnięta pierwsza dama, napominana przez rodzinę męża. I choć ubierała się według własnych zasad i była ikoną stylu (to pierwsze co przychodzi mi na myśl, kiedy myślę o Jackie) to z książki wyłania się obraz kobiety przestraszonej, może nieco stłamszonej aż wreszcie (choć trudno się dziwić, wszak była świadkiem jak jej mąż obrywa strzał w głowę) przerażonej i straumatyzowanej, podejmującej nieracjonalne decyzje i uciekającej w nałogowe zakupy i alkohol.

Niemniej jest to bardzo dobra książka. Paul stworzyła powieść o miłościach i namiętnościach, historię bez happy endu, w której każdy koniec końców pozostał nieszczęśliwy wskutek przeciwnych nagłych decyzji.


Przeczytane: 12.02.2023

Ocena: 7/10

czwartek, 26 stycznia 2023

Zaproszenie na ucztę: "Do cna" K. Bonda

 


Bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza za możliwość zrecenzowania najnowszej książki Katarzyny Bondy.

Zgodnie z oczekiwaniami po spotkaniu z Meyerem, kolejną książką, którą Pani Kasia wypuściła na rynek była trzecia część perypetii detektywa Jakuba Sobieskiego.

Tym razem Kuba wikła się w krwawą i zaskakującą intrygę. Jego zleceniodawczynią jest księżna Grażyna Stadnicka, właścicielka remontowanego pałacu w Guzowie koło Żyrardowa. Zgłasza ona Sobieskiemu zaginięcie syna, wspominając o interesującej preferencji Antona. Otóż młody człowiek pragnie zostać… zjedzony. Niepokojąca informacja sprawia, że Jakub przyjmuje zlecenie, nie wiedząc, że przez jakiś czas będzie chodzić na sznurku Grażyny, a sprawa będzie komplikować się jeszcze bardziej, sięgając najważniejszych osób w Żyrardowie. Wszystko jednak wskazuje na to, że mieście grasuje kanibal, a Anton mógł być jego ofiarą, (nawet jeśli dobrowolną)…

Mimo dość pokaźnej ilości przeczytanych w życiu książek, w tym kryminałów, z motywem kanibalizmu w literaturze rozrywkowej stykam się po raz pierwszy. Być może przeczytałam tych kryminałów jeszcze za mało, (a moje osobiste „Milczenie owiec” rozpłynęło się w niebycie w tajemniczych okolicznościach, zanim zdołałam po nie sięgnąć ;), niemniej był to jakiś powiew świeżości, mimo że komplementowanie takiego motywu wydaje się być co najmniej dziwne i nomen omen niesmaczne.

Sięgałam po tę książkę z niejaką obawą. Nie dlatego, żeby bać się, że Pani Kasia rozczaruje, (co to to nie). Zastanawiałam się po prostu czy sugestywne opisy nie obrzydzą mnie za bardzo. Nie sprawią, że odłożę książkę i nie zechcę do niej wrócić.

Na szczęście Pani Kasia jako mistrzyni w swoim fachu napisała książkę niepokojącą, ale wyważoną. Wszystkie opisy i szczegóły przyjmowałam ze spokojem. Co więcej, zdarzyło mi się nawet jeść przy niej kolację, na którą składały się kanapki z szynką.

W wielu recenzjach przeczytałam, że czytelnikom podoba się ewolucja Jakuba od pierwszej części. Że zmężniał, brzydko mówiąc „wyhodował sobie jaja”. Faktycznie się zmienił. Z nieco irytującego, skamlącego za żoną faceta z przyczepy campingowej w rasowego detektywa w gustownych mokasynach ;) Odebrałam go w tej części jako sympatyczniejszego. Zaczynam go darzyć chyba nawet sentymentem i z przyjemnością zagłębiałam się w lekturze, mimo że znowu nie odnajduję (jak obecnie w serii o Meyerze) w lekturze postaci kobiecej, którą mogłabym polubić, (ale ja chyba ogólnie mam problem z postaciami kobiecymi). Ada jest trochę narwana i często bardziej przeszkadza niż pomaga, ale Kuba zdaje się jej ufać, więc nie pozostaje mi nic innego, jak zrobić w końcu to samo.

Trzeci tom opowieści o Sobieskim skupiał się przede wszystkim na nim. Przyznam, że trochę brakowało mi Ozia czy Merkawy, którzy są bardzo charakterystycznymi postaciami i nadają książce kolorytu.

Oczywiście mogłabym wymieniać zalety, jak to, że uwielbiam styl Pani Kasi, ale to w sumie wszyscy wiedzą. Więc może po prostu dam znać, że książka ma dla mnie jeden minus – i tu może pojawić się spoiler… Otóż – rozwiązanie zagadki! W recenzji którejś z książek przeczytanych w ciągu istnienia bloga napisałam, że nie lubię jak sprawca wyskakuje jak filip z konopi. Że jest tak nieznaczącą postacią, że nawet nie rejestruję jego istnienia. Uwielbiam za to, kiedy sprawca bawi się nami, kiedy od początku mamy go za tego dobrego i jest ostatnią osobą, budzącą w czytelniku jakiekolwiek podejrzenia. Niestety tutaj zadziało się coś odwrotnego. Kiedy przez moją głowę przewaliło się tysiąc możliwych scenariuszy, przypisujących winę każdemu z bohaterów, sprawca okazuje się zupełnie nieznaczący wcześniej dla fabuły. Szkoda, lubię plot twisty, lubię być wyprowadza w pole.

Ale żeby nie kończyć tej recenzji minusem wspomnę, że seria o Sobieskim naprawdę zasługuje na uwagę też pod względem kolorystycznym. Każda książka wyróżnia się innym kolorem okładki i uważam to za niezwykle trafiony zabieg. Już teraz widziałam określenia jako „ta żółta”, „ta różowa” „ta niebieska”. To będzie się fajnie wyróżniać, kiedy dojdą kolejne tomy o Jakubie, bo że dojdą to jestem pewna. W dodatku Wydawnictwo Muza egzemplarze recenzenckie rozsyłało z dodatkiem w postaci sztućców, co ujęło mnie za serce.

PS W treści padło nazwisko Meyera. Oprócz plot twistów kręcą mnie także crossovery (ach to serialowe nazewnictwo :D), więc gdyby kiedyś Kuba i Hubert uścisnęli sobie dłonie, byłabym czytelnikiem spełnionym!

Przeczytane: 24.01.2023

Ocena: 7/10

środa, 18 stycznia 2023

Czworo przeciwko falom: "Malibu płonie" T. Jenkins Reid

 


Dzięki booktourowi miałam okazję zapoznać się z kolejną książką modnej ostatnio Taylor Jenkins Reid. Tym razem było to „Malibu płonie”.

Autorka jest dość konsekwentna w swoich poczynaniach i sukcesywnie tworzy własny świat celebrytów. W jej książkach nie pojawia się wiele nazwisk znanych w rzeczywistości, za to roi się od gwiazd, które mamy okazję poznać dzięki wyobraźni Autorki. (Czytałam co prawda tylko jedną książkę, ale mniej więcej znam zarys fabuły kolejnej i mogę wysuwać takie śmiałe tezy :D ).

Tym razem akcja książki przenosi nas do słonecznego Malibu w Kalifornii. Towarzyszymy tam czwórce rodzeństwa o nazwisku Riva, potomkom  przesławnego wokalisty, Micka Rivy. Mick jest legendą, symbolem, kimś pokroju jeśli nie Elvisa to chociaż swego imiennika Micka Jaggera. Kobiety go kochają, mimo że jest już po pięćdziesiątce, a jego sława go wyprzedza. Ciężko jednak porównać go do kogokolwiek z faktycznych gwiazd muzyki, bo Autorka chyba nie wspomniała ani razu jakiego rodzaju  muzykę Riva wykonywał. Wiemy tylko, że robił to tak dobrze, że od wielu lat pozostawał numerem jeden i bożyszczem kobiet na całym świecie.

Czworo jego dorosłych już dzieci, każde na swój sposób odnoszące sukcesy, spotyka się w domu najstarszej z sióstr, żeby wziąć udział w dorocznej wielkiej imprezie u Niny Rivy. Impreza ta jest niemal tak legendarna, jak rodziciel głównych bohaterów, gdyż do wielkiego domu na klifie zmierzają co roku wszystkie amerykańskie sławy.

Fabuła to jednak nie tylko opis imprezy. Autorka zadbała o tło, o nakreślenie nam relacji rodzinnych, historii, pokusiła się nawet o cofnięcie w czasie do momentu, kiedy Mick poznał swoją przyszłą żonę, a matkę bohaterów, June. Urocza z początku historia miłosna kończy się, jak zapewne wiele tego typu relacji, kiedy w grę wchodzi sława, używki i masa pokus. June samotnie wychowuje czwórkę dzieci, ledwo wiążąc koniec z końcem, a kiedy dzieci zostają same, okazuje się, że cała miłość jaką matka im przekazała nie poszła na marne. Mają siebie nawzajem i nie poddają się, nie chcąc jednak znać ojca, który ich zostawił. Polegają na sobie nawzajem i to jest chyba w tej książce najpiękniejsze.

Sama książka podobała mi się bardziej niż „Daisy And the Six”, mimo że nie była mi tak bliska fabularnie, (nie mam nic wspólnego z surfowaniem). Myślę, że przede wszystkim to kwestia tego, że była powieścią a nie wywiadem. Zdecydowanie łatwiej było mi się wczuć w treść. Miło było poczytać opisy i dialogi.

Taylor Jenkins Reid w przyjemny i dość wciągający sposób porusza w książce ważne tematy takie jak poświecenie, miłość (wreszcie nie ta romantyczna tylko ta do rodzeństwa), a nawet minusy bycia sławnym. Podobało mi się, że kiedy impreza już się rozpoczyna (niektórych czytelników może zniechęcać fakt, że obiecana wielka zabawa rozpoczyna się dopiero w drugiej połowie książki) i pojawia się na niej wiele sław, nie są oni tylko wspomniani pobieżnie. Pani Reid zadbała o to, żeby każdej bardziej znaczącej postaci zbudować tło i poświęcić rozdział. Mamy sportowców, muzyków, pisarzy, scenarzystów, aktorki. Wszyscy oni toną w oparach alkoholu i narkotyków aż olbrzymia impreza wymyka się spod kontroli. Każde ma jakiś powód, żeby się upić i zapomnieć. Każde ma jakiś powód, żeby pokazać się na miejscu.

Jasne, że treść może wydawać się naciągana i w rzeczywistości relacje rodzinne, nawet te między rodzeństwem nie wyglądają  często aż tak różowo, ale wybaczam to Autorce, gdyż z kartek tej książki płynęła siła. I pocieszenie. I choć rodzeństwo Riva momentami wydawało się być zbyt wyidealizowane i bez skazy to kibicowałam chyba każdemu z nich.

Miło i przyjemnie było w samym środku polskiej (bezśnieżnej) zimy zanurzyć, choćby metaforycznie, palce stóp w rozgrzanym piasku Malibu i poczuć na twarzy bryzę i sól oceanu.

Przeczytane: 14.01.2023

Ocena: 7/10

czwartek, 5 stycznia 2023

Koszmarowa chustka: "Kaszmirowa chustka" C. Mioduszewska

 


Książka otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

 

Matulu, co ja właśnie przeczytałam…

No właśnie. Co?

Z moich rąk i sprzed moich oczu zniknęła właśnie „Kaszmirowa chustka” Celiny Mioduszewskiej, z którą spędziłam ostatnie trzy dni. I niestety trudno nazwać tę lekturę satysfakcjonującą.

Książka Pani Mioduszewskiej obiecywała mi w opisie wszystko to, co w powieściach lubię najbardziej. Saga rodzinna, czasy z początków XX wieku, wsi spokojna, codzienne zmaganie się z życiem, tradycjami, znój i trud, śledzenie losów rodzin. Zachęcona dobrymi recenzjami zdecydowałam się przyjąć książkę pod mój dach.

Powieść opowiada historię dwóch podlaskich rodzin. Z początku wiele wskazywało na to, że się połączą poprzez małżeństwo, jednak Antek nie zdecydował się na poślubienie Andzi. Znalazł inną żonę, Andzia znalazła innego męża. Czas leciał, ich dzieci dorastały wśród wiejskich robót i tradycji aż syn Antka i córka Andzi się w sobie zakochali i postanowili założyć rodzinę. Tu książka się kończy.

I w zasadzie nie odnalazłam w niej niestety ani powodów do zachwytów, które mogłabym podzielić z innymi czytelniczkami ani w sumie ani jednej zalety.

Zacznę od tego co rzuciło mi się w oczy już na pierwszej stronie. „Chustka” jest napisana chaotycznie. I pretensjonalnie. Autorka ukończyła polonistykę i chyba w jakiś sposób, raczej nieświadomy, usiłuje nam o tym co i rusz przypominać, (te nawiązania do „Sklepów cynamonowych” zupełnie nie pasowały mi w kontekście spaceru po podlaskim miasteczku, a i dla Słowackiego znalazło się miejsce. Natomiast cytowanie całego scenariusza przedstawienia kolędników już w ogóle uważam za chybione).

Dość przytoczyć takie potworki jak:

„Jest tak jakoś ze wzorkiem ludzkim, że potrafi pokierować szyją, a ta głową, by człowiek mógł widzieć to, co robi na nim wrażenie. A dzieje się to za sprawą szczególnych bodźców, w tym przypadku niewątpliwie wzrokowych” (str. 77).

„Nagle korony przydrożnych topoli ze statycznych przemieniły się w dynamiczne” (str. 251)

„Ona urodziła się z funkcją chodzenia. Była tak zaprogramowana, że narząd ruchu był najważniejszy” (str. 243)

Czy też moment, w którym jeden z bohaterów dzwoni do pracującej w mieście siostry z pytaniem czy pomoże mu w wykopkach. A ona odpowiedziała, że nie ma urlopów w jej grupach zawodowych. To tylko cztery przykłady, ale mogłabym je mnożyć, bo co parę stron załamywałam się nad pretensjonalnością treści. Nie wiem, może się mylę, ale według mnie tak się nie pisze. Książka powinna być przystępna, powinno się przez nią płynąć, a przez takie głupotki marzyłam tylko o tym, żeby zostawić ją gdzieś na mieliźnie i odpłynąć jak najdalej. Zamiast rozkoszować się lekturą czytałam nienaturalne, absurdalne zdania i niewciągające dialogi.

Autorka skakała też po wydarzeniach, jakby bardzo chciała napisać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. I tu odniosła sukces, bo w 260 stronach zawarła jakieś dwadzieścia lat z życia dwóch rodzin. Treść była jakby scenkami, niektóre nie trwały dłużej niż pół strony, a każda następna rozgrywała się co najmniej tydzień później, (ale zdarzało się, że przesuwaliśmy się i o rok do przodu). Pani Mioduszewska szczególnie sobie upodobała Wszystkich Świętych, bo wielokrotnie czas gnał aż do kolejnego 1 listopada. Zauważyłam też, że chyba nie bardzo miała czym zapełnić scenek, które wymyśliła. Otóż dwa razy się zdarzyło, że bohaterki postanowiły odwiedzić rodzinne strony. Podróż jednej opisana była, jak podróż „twojego starego do szkoły”. PKSy, pociągi i pieszo, odniosłam wrażenie, że Krystyna próbowała dostać się do rodziców przez całą noc. A kiedy się wreszcie dostała, zjadła zupę i powiedziała, że musi już wracać. Nie inaczej było z Andzią, która też pewnego dnia zatęskniła za rodzicami, a że była niedziela to mogła sobie pozwolić na dłuższa wizytę przez uszczerbku na robocie. Wsiadła więc na rower i pojechała. Poinformowała rodzicieli o tym jak bardzo się stęskniła, zjadła zupę i… wróciła do domu. Nawet kawy jej nie dali. Nawet nie zobaczyła się z innymi domownikami. No nul, zero.

Niektórych spraw Autorka nawet nie rozwinęła. W początkowych rozdziałach książki wspomniała coś o topieniu się Andrzeja w stawie w przyszłości. Przez całą książkę Andrzej ani razu nawet nie zamoczył w tym stawie dużego palca u nogi, więc nie mamy pojęcia o jakie wydarzenia Autorce chodziło. Tak samo, jak Andzia wróciła ze służby w Warszawie na Święta Bożego Narodzenia do domu. Po nich tam nie wróciła, a ja nawet kartkowałam książkę w tył czy przypadkiem nie przegapiłam informacji, że dostała wymówienie.

Kuriozalne było też nazwanie męża, któremu zmarła żona (rzekomo pochorowała się ze zgryzoty) mianem „urwipołcia”. Jestem pewna, że mężczyzna nieszanujący żony, przyczyniający się do utraty przez nią zdrowia swoim zachowaniem po takiej obeldze już by się nie podniósł.

Nie poczułam żadnej szczególnej więzi z bohaterami i ich los był mi zupełnie obojętny. Tak samo jak nie zapałałam uczuciem do stylu pisania pani Mioduszewskiej.

Rozpoczęłam nowy rok czytelniczy z fatalną według mnie książką, ale daje mi to nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej. Bo tak złe wrażenie trudno będzie przebić.

Przeczytane: 05.01.2023

Ocena: 2/10

wtorek, 3 stycznia 2023

Sztuka to też forma walki: "Wrzeciono Boga. Jutrznia" A.H. Wojaczek

 


Dziękuję wydawnictwu Szara Godzina za egzemplarz do recenzji.

 

Trzeci tom „Wrzeciona Boga” Pana Andrzeja H. Wojaczka długo czekał aż przebiję się do niego przez stos hańby. W końcu jednak nadszedł jego czas. „Jutrznia” znalazła się w moich rękach.

Akcja książki rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym pożegnaliśmy bohaterów w poprzednim tomie. Nieustraszony i uparty Teofil ląduje w niemieckim więzieniu, a wszyscy bliscy zdają się odwracać od niego. Kłosek spędza w zamknięciu kilka długich miesięcy, a kiedy staje twarzą w twarz ze swoimi najbliższymi dowiaduje się wielu ciekawych rzeczy i zostaje włączony do pewnego przedsięwzięcia.

Tak naprawdę pierwsza połowa książki pomija postać Teofila, (chyba, że bohaterowie akurat o nim rozmawiają). Kłosek siedzi, ale czytelnik nie opuszcza Miasteczka, dowiadując się jak z całą sytuacją radzi sobie Klara, co bierze na swoje barki Ewa i jak mają się, poznane w poprzednim tomie, szkolne dzieciaki. Muszę przyznać, że szczególnie przywiązałam się do postaci Ryśka, który w tym tomie wysforował się niemal na pierwszy plan. Śledziłam jego starania i rozterki, po ludzku współczułam i po przyjacielsku kibicowałam. W jakiś sposób zastąpił mi dziecięcą wersję Teofila z pierwszego tomu, choć był od niego starszy. Był też w jakiś sposób rozsądniejszy, napędzały go inne rzeczy niż kiedyś Teosia. Niemniej zżyłam się z tą postacią i bolałam kiedy i on cierpiał.

Wydaje mi się, że w tym tomie najłatwiej nam zżyć się z niepokojami i obawami bohaterów. W okolicy pojawia się coraz więcej Niemców, II wojna wisi w powietrzu, bohaterowie już nawet o niej mówią. Nie mają wątpliwości, że wybuchnie. A to jest temat wciąż bardzo bliski naszemu sercu.

Ponownie możemy obserwować przemiany w młodzieńczych sercach, jednak tym razem to nie kiełkująca miłość do Ojczyzny. To niebezpieczny wybuch uczuć wobec obcej i strasznej ideologii. Pan Andrzej jest doskonały w kreacji młodocianych bohaterów, więc i tym razem nie zawiódł, mimo że wydaje mi się, iż zadanie miał trudniejsze. Wlewanie w młode serca zbrodniczych haseł to niełatwa sprawa. Zresztą wiele wydarzeń, których sprawcami byli młodzi ludzie ze szkoły w Miasteczku budziło mój sprzeciw, ale było konieczne, gdyż taka była wtedy rzeczywistość. Dodając do tego zwyczajową rywalizację między nastolatkami otrzymujemy mieszankę dosłownie wybuchową. Wszystko to prowadzi niestety do tragicznego końca.

W poprzedniej recenzji pisałam o tym, że Teofil zgorzkniał, stał się markotny i mało sympatyczny. Pobyt w więzieniu jednak przyniósł jakieś owoce, zmusił naszego bohatera do przemyśleń. Teofil na wolności to już zupełnie inna osoba. Mimo że wciąż porywcza i miotająca się to jednak bardziej rozważna, a nade wszystko wreszcie zauważająca swoją żonę. Ponowne spotkanie Teosia ze sztuką również zadziałało terapeutycznie. Kłosek przeszedł długą drogę i w ostatecznym rozrachunku mogę na szczęście przyznać, że jest pozytywnym bohaterem, z którym łatwo sympatyzować. „Jutrznia” zatarła złe wrażenie zgorzkniałego i przegranego, choć wciąż jeszcze młodego człowieka.

Cała trylogia zasługuje na miano niezwykłej i jestem niesłychanie zadowolona, że mogłam ją poznać i właśnie z nią zakończyć 2022 rok. Mam nadzieję, że Pan Andrzej nie osiądzie teraz na laurach i zaprezentuje czytelnikom kolejne wspaniałe powieści.

Przeczytane: 31.12.2022

Ocena: 7/10

niedziela, 18 grudnia 2022

I żyli długo i szczęśliwie: "Ślubny skandal" J. Quinn

 


Dziękuję Wydawnictwu Zysk i s-ka za egzemplarz do recenzji. Książkę otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu Nakanapie.pl

 

„Ślubny skandal” Julii Quinn to już ostatnie spotkanie z rodzeństwem Bridgertonów i jak nietrudno się domyślić tym razem głównym bohaterem jest ostatni z synów Violet.

Żyjący do tej pory beztrosko, Gregory nie musi spieszyć się do ołtarza. Ma 26 lat, jest najmłodszym mężczyzną w rodzinie, nie grozi mu odziedziczenie tytułu, gdyż przed nim jest jeszcze czterech innych Bridgertonów płci męskiej, a jego najstarszy brat sprawdza się w roli wicehrabiego. Gregory więc bywa na balach i innych spotkaniach, spokojnie egzystuje, odwiedzając co jakiś czas matkę czy rodzeństwo.

Jednak i na niego przychodzi kryska. Zakochuje się bez pamięci w pięknej Hermionie Watson, która końców oddaje swoją rękę innemu, a sam Gregory zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę interesuje go nie Hermiona a jej najlepsza przyjaciółka Lucy.

Lucinda, która nie zadebiutowała jeszcze w towarzystwie od dawna jest zaręczona z hrabim, co dodatkowo komplikuje jej relacje z najmłodszym Bridgertonem. Nie będzie jednak zaskoczeniem ani spoilerem fakt, że prawdziwa miłość musi w końcu tak czy siak zatriumfować. Mimo wszelkich przeciwności, skandali i zwrotów akcji, Gregory dopina swego, a Violet Bridgerton może odetchnąć z ulgą, wiedząc, że i ostatnie z jej dzieci jest szczęśliwe.

Książkę oczywiście czytało się dobrze. Styl Julii Quinn, a także fabuły jej powieści, jak już wielokrotnie wspominałam, działają a mnie kojąco i relaksująco. Jeśli ktoś poszukuje lektury po ciężkim dniu lub po prostu chce się odciąć od codzienności to perypetie rodzeństwa Bridgertonów są do tego celu idealne.

Gregory i Lucy to urocze osoby. On przepełniony jej niewymuszoną nonszalancją, ona jest sympatyczna, choć miewa pedantyczne zapędy i dziwne zwyczaje, (np. rachowanie w pamięci, które niejednokrotnie ją ratowało od niewygodnych pytań 😉).

Książka nie ustrzegła się jednak wad, a największą z nich, jak mi się wydaje, jest fakt, że Julia Quinn nie zachowała kolejności. Gregory jest przedostatnim dzieckiem Bridgertonów i gdyby książka była również przedostatnia może i moja jej ocena byłaby wyższa, (co prawda seria zaczyna się od Daphne, która jest czwarta w kolejności, (aczkolwiek jednocześnie pierwsza do zamążpójścia, żeby uniknąć staropanieństwa), ale później Autorka zachowywała kolejność urodzenia). Dlaczego? Ano dlatego, że sięgając po nią wciąż pozostawałam pod urokiem ostatniej z rodzeństwa, Hiacynty, która muszę przyznać jest niezwykle charyzmatyczna i charakterystyczna. Gregory na jej tle wypada dość blado i choć nie da się go nie lubić to jednak czytanie o nim tuż po tak świetnej części jak „Magia pocałunku” zwyczajnie pozostawia niedosyt.

Sama Julia Quinn też jakby spuściła z tonu. Scen erotycznych, które rozsławiły tę serię jest tu jak na lekarstwo, gwoli ścisłości jedna. Jasne, że nie o to mi w literaturze chodzi, ale zdaje sobie sprawę, że istnieją ludzie, którzy tylko po to sięgną po tę serię. I w tym przypadku mogą się rozczarować.

Cieszy jednak, że Quinn nie zrobiła z Lucy typowej bohaterki romansów. Że wybór Gregory’ego koniec końców padł na nią a nie na eteryczną, niezrównaną piękność, jaką była Hermiona. To przyjemny zabieg. Nie wiem czy niecodzienny, ale na pewno w jakiś sposób umyka stereotypom.

Mimo wszelkich wad, jakie dostrzegłam w tej części, przyznaję, że bawiłam się dobrze i cieszę się, że pozbyłam się poczucia, że to „siara” sięgnąć po książki Julii Quinn, (no bo przecież „Ślubny skandal” to kolejny tytuł, który sprawia, że wywracam oczami). Nie wahajcie się, to świetna rozrywka. Przede mną jeszcze cztery środkowe części i szczerze mówiąc, nie mogę się ich doczekać. Cała skompletowana seria natomiast świetnie i kolorowo wygląda na półce.

Przeczytane: 15.12.2022

Ocena: 6/10

wtorek, 6 grudnia 2022

"Wielka sława to żart"*: "Daisy Jones And The Six" T. Jenkins Reid

 


Wreszcie przyszła i moja kolej, żeby sięgnąć po osławioną Taylor Jenkins Reid. Wyrób padł na „Daisy Jones & The Six”, bo umówmy się, w moim przypadku nie mógł być inny. Muzyka jest moją absolutnie największą miłością i choć sama na niczym nie gram, nie wyobrażam sobie bez niej życia. Nie boję się też stwierdzenia, że jest ważniejsza niż książki.

Powieść, udająca biografię fikcyjnego zespołu, święcącego triumfy w latach 70. była więc naturalnym wyborem lektury dla kogoś takiego jak ja. Choć znacznie bliżej mi do muzyki lat 80. i 60., (psychodeliczny rock lat 70. jakoś zwykle schodził u mnie na dalszy plan) nie mogłam się wręcz doczekać aż sięgnę po tę książkę.

Na kartach powieści poznajemy początki, a także cały przebieg kariery grupy The Six. Członkowie zespołu opisują swoje przeżycia, wspomnienia, procesy twórcze, nagrywanie krążków, sesje zdjęciowe i w końcu wielkie koncerty. Ważnym momentem w historii zespołu jest dołączenie do niego ikonicznej Daisy Jones.

Książka napisana jest w formie wywiadu-rzeki, w którym bohaterowie co po chwilę przerywają sobie, dorzucają własnej wspomnienia i przemyślenia, przywołują wydarzenia dla siebie ważne. Podobało mi się, że każdy z członków zespołu pamiętał dane wydarzenie inaczej, że poprawiali się nawzajem. To było fajne, przypominało, że ludzka pamięć jest zawodna, że prawda jest subiektywna.

Ale czy forma wywiadu naprawdę sprawdziła się w takiej książce?

I tak i nie. Grupa The Six według autorki książki a także autorki wywiadu była fenomenem. W momencie rozpadu zespołu w 1979 roku znajdowali się w ścisłej światowej czołówce, mieli na koncie trzy świetnie przyjęte płyty z czego ostatnia była okrzyknięta genialną. Mieli na wokalu charyzmatycznego Billy’ego i przepiękną, eteryczną, wyjątkową Daisy Jones. Dostaliśmy jednak tylko wspomnienia zespołu, zabrakło mi czegoś co byłoby potwierdzeniem ich fenomenu. Wypowiedzi fanów, jakieś emocje, opisy oczekiwania na płytę, koncert. Brakuje też wypowiedzi innych muzyków, może z innych znanych zespołów z tamtych lat, tych jak najbardziej rzeczywistych. Na pewno bym się uśmiechnęła, gdybym zobaczyła, że o zespole wypowiada się Paul McCartney, Ozzy Osbourne, Ray Manzarek komentuje klawisze Karen itd. itp.

Główny wątek, chemia między Billym a Daisy nie był pozytywnie angażujący. Billy jako żonaty mężczyzna, (który całą swoją karierę oparł na miłości do żony), zafascynowany w pewnym momencie koleżanką z zespołu wzbudzał wręcz negatywne uczucia, Daisy zresztą też, (nie neguję jednak ich nagłego zauroczenia, ponieważ muzyka potrafi zdziałać cuda, tak samo jak jej wspólne wykonywanie). Żadnego z nich nie potrafiłam polubić, choć doskonale wpasowywali się w legendy o rozbuchanym ego wokalistów.

Daisy nie polubiłam szczególnie. Wszystko co miała jakoś spadło jej z nieba i wszystko to topiła w morzu prochów i alkoholu. To też wpisywało się w kolorowe lata 70, a jednak nie było w niej żadnej refleksji, (obyło się też bez opisów negatywnych skutków długotrwałego ćpania i picia). Informację o jej świetnym głosie i cudownym wyglądzie musiałam przyjąć za pewnik. Znacznie bardziej zaangażował mnie wątek keyboardzistki Karen i gitarzysty Grahama. Tragiczny i smutny miał jednak w sobie jakąś autentyczność. Nie do końca też złapałam moment, w którym pojawił się konflikt między Eddiem (gitarzystą rytmicznym) a Billym, tak jakby został wpisany w fabułę na siłę, żeby między członkami zespołu coś się działo. Choć rozumiem, że w pewnym momencie cały zespół mógł mieć już siebie dość, co nieuchronnie przyczyniło się do zakończenia jego kariery.

The Six zbudowało swoją popularność na byciu w odpowiednim momencie w odpowiednim czasie. Spotkali na swojej drodze właściwych ludzi, którzy nimi pokierowali. I nie jest to nic nadzwyczajnego, bo muzyczna historia zna takie przypadki, (w zasadzie pewnie każda biografia muzyka zaczyna się w ten sposób: po prostu zadziałało tyle czynników, że nie miał wyjścia i musiał zrobić karierę). Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy gdyby była to autentyczna grupa to czy bym ich słuchała (i to tak żarliwie, jak chce mnie o tym przekonać książka) i ciężko mi jednoznacznie tę powieść ocenić. Bawiłam się dobrze, ale nie czułam związku z żadnym członkiem grupy, a forma wywiadu trochę odbierała płynności opowiadanej historii, przez co nie czułam, żebym chłonęła tę książkę. Szkoda, że nie została ona okraszona jakimiś zdjęciami, bo przecież w dzisiejszych czasach nietrudno to zrobić jakiś fotomontaż lub zaangażować aktorów do odegrania danej scenki lub opracować graficznie jakieś zbiory fanów. To tylko uwiarygodniłoby całą historię i na pewno zadziałało na plus.

Przeczytane: 05.12.2022

Ocena: 6/10


*tytuł recenzji jest jednocześnie tytułem arii z operetki "Baron cygański"

niedziela, 27 listopada 2022

Chatka Baby Jagi: "Zło pójdzie za tobą" M. Edwards

 

(Leon sprawdza czy zło, aby na pewno nie poszło za nami)


Dziękuję Wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzencki książki.

 

Jakiś czas temu obiecałam sobie, że będąc sama w mieszkaniu nie będę sięgać po horrory czy inne książki o tematyce, która stawiałby mnie na nogi przy każdym podejrzanym dźwięku w innym pokoju. Wydawnictwo Muza, podarowując mi „Zło pójdzie za tobą” Marka Edwardsa do recenzji, bynajmniej nie pomogło mi w dotrzymaniu tej obietnicy ;) Intrygujący opis fabuły jednak nie pozwolił mi długo zwlekać z sięgnięciem po tę książkę, (a już na pewno czekać aż me słomiane wdowieństwo się skończy).

Laura i Daniel, szczęśliwa para Brytyjczyków po trzydziestce wybiera się w podróż marzeń po Europie. Jednym z ich przystanków ma być Sighisoara w Rumunii. W czasie podróży pociągiem, odkrywają, że ktoś ukradł im paszporty. Zostają wysadzeni na jakiś zapomnianej przez Boga stacyjce w środku nocy i z całych sił próbują dotrzeć do cywilizacji. Nie obywa się oczywiście bez komplikacji. Zapuszczają się w las, w którym natrafiają na pozornie opuszczony dom, który kryje mroczne tajemnice. Po powrocie do Londynu żadne z nich nie jest już takie samo, jak przed wycieczką

Początkowo, zarówno opowieść o podróży Daniela i Laury, jak i wszystko co dzieje się po ich powrocie jest intrygujące. Autor buduje napięcie, nie zdradzając nam przez wiele stron, co wydarzyło się w tajemniczym domu w środku lasu. Wiemy tylko, że oboje bohaterów wróciło przerażonych, a następstwa tych wydarzeń są przykre. Para rozstaje się. Daniel szuka zapomnienia w alkoholu, (choć próbuje się ratować terapią), a Laura powoli popada w obłęd. Kilka miesięcy po powrocie nic nie wskazuje na to, że między Laurą a Danielem jeszcze się ułoży a oni sami zapomną i będą żyć dalej. Tym bardziej, że ktoś zdaje się ich prześladować i szukać śladów związanych z ich pobytem w tamtym domu. W końcu Daniel decyduje się na zatrudnienie detektywa, (jakoś za połową książki) i dopiero wtedy dowiadujemy się, co tak naprawdę zaszło.

I niestety od tego momentu historia jakoś straciła w moich oczach na oryginalności i polocie. Jako fanka wszelkiego rodzaju duchów i zjaw, poczułam się nieco rozczarowana faktem, że wszystko to co się działo było raczej materialne. Przerażające oczywiście, ale jednak nie miało w sobie ani krzty paranormalności. Cała sprawa robiła się zagmatwana, okazało się, że każdy kto nam się przewinął w treści miał powiązania z każdym i nic co się zdarzyło nie było dziełem przypadku. Nawet to, że Daniel i Laura zabłądzili w lesie i trafili do przerażającego budynku.

Narratorem historii był Daniel i mimo całej mojej sympatii to tej nieco pierdołowatej postaci, uważam, że Autor powinien obsadzić w głównej roli kogoś z większą charyzmą. Ale nie Laurę, bo ona była z kolei nieco irytująca. Rozumiem, że oboje przeżyli traumę, jednak ich zachowanie wydawało mi się dość irracjonalne. W ciągu kilku dni zaliczają kradzieże, napady, tajemnicze zgony, próby samobójcze i spore stężenie Rumunów na metr kwadratowy. Daniel jednak nie wygląda na przejętego faktem, że policja macha na niego ręką. Instaluje kamery, ale nie zmusza policjantów, żeby zajęli się sprawą za wszelką cenę. Traci laptopa, szczują go groźnym psem itd., on jakoś nie wydaje się odczuwać zagrożenia. Ja chyba nie wyszłabym z posterunku policji, gdyby ktoś nie zapewnił mi bezpieczeństwa. Laura reaguje bardziej emocjonalnie, ale z biegiem czasu okazuje się, że nosi w sobie tajemnice i to bardziej ona spędza jej sen z powiek.

Styl Autora jest dobry, choć złapałam go parę razy na dialogach o niczym. I choć książka faktycznie trzymała do pewnego momentu w napięciu to zabrakło mi grozy, którą powinni chyba odczuwać bohaterowie, będąc śledzonymi, napadanymi i zagrożonymi. Nie jestem do końca pewna, w jakim kierunku chciałabym, żeby podążyła fabuła, kiedy Daniel wreszcie zdecydował się wyznać co stało się w rumuńskim lesie. Wiem, że poczułam, że rozwiązanie choć straszne, było dla mnie zbyt banalne.

Niemniej całkiem dobrze się bawiłam, czytając tę książkę, a miłośnikom thrillerów polecam do własnej oceny.

Przeczytane: 26.11.2022

Ocena: 6/10

niedziela, 20 listopada 2022

Hubert znowu w grze: "Kobieta w walizce" K. Bonda

 



Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza otrzymałam do recenzji przedpremierowy egzemplarz najnowszej książki Pani Katarzyny Bondy. I choć ostatecznie nie udało mi się jej przeczytać przed premierą, (a nastąpiła ona 9 listopada) to spieszę donieść, iż jestem już zwarta i gotowa na napisanie kilku słów na jej temat.

Fabuła „Kobiety w walizce”, ósmej już części poświęconej Hubertowi Meyerowi, rozpoczyna się niemal w tym samym momencie, w którym skończył się poprzedni tom. Profiler zmaga się ze swoimi problemami, które wykluczają go z nowego śledztwa. A zapowiada się ono nad wyraz interesująco. Grzegorz Kaczmarek, którego poznaliśmy poprzednio, podwładny Meyera z wydziału, zostaje wezwany do Ełku w celu rozwikłania tajemniczej sprawy. Na jednej z ulic zostaje znaleziona luksusowa walizka. Znalazca nie może sobie odmówić, (wszak takie drogie cudeńka nie trafiają się co dzień) i zabiera ją ze sobą. Pech chce, że w środku odkrywa poćwiartowane i spalone szczątki, należące prawdopodobnie do kobiety. Znaleziona przy nich bransoletka sugeruje, że mogą to być zwłoki zaginionej jakiś czas temu Klaudii. Po nitce do kłębka okazuje się, że rodzina poszukiwanej jest nieźle dysfunkcyjna i w zasadzie nikogo nie da się wykluczyć jako potencjalnego mordercę. Grzegorz robi co może, ale ciągle czuje na sobie presje posiadania genialnego przełożonego, (nawet jeśli póki co nieosiągalnego). W końcu wraz z naszym starym znajomym patologiem, doktorem Boziłowem, decydują się na ściągnięcie na miejsce naszego ulubionego bohatera. Od tej pory sytuacja gmatwa się jeszcze bardziej, ale „Bercik” nie takie rzeczy już widział. I do tej sprawy także bezbłędnie znajduje rozwiązanie.

Pani Kasia zdecydowała się w pierwszej połowie książki na lekkie odświeżenie fabuły. Nieobecność Meyera, (a przynajmniej przy początkowym śledztwie) pozwala nam obserwować pracę Kaczmarka, który mimo tego, że jest sympatyczny i czyta się o nim chętnie, nie jest w stanie zastąpić swojego charyzmatycznego szefa. Hubert nawet jako mierzący się z własnymi demonami cień człowieka jest najjaśniejszą postacią w całej książce.

Największym chyba jednak minusem tej części (i poprzedniej) jest brak wyrazistej kobiecej postaci. Agnieszka Olton nie jest raczej w stanie zastąpić charakternej Weroniki, do której po tylu tomach (i latach) czytelnik zdążył już przywyknąć, (nie zrozumcie mnie źle, podoba mi się, że Autorka zdecydowała się na radykalne kroki, gdyż wielu pisarzom takiej odwagi brakuje; Weronika powinna mieć jednak godną następnczynię). Być może w kolejnych częściach, (bo sądzę, że takie powstaną) Katarzyna Bonda zdecyduje się na rozszerzenie roli Agnieszki Olton, bo póki co dziewczyna służy tylko do  przekazywania dobrych lub złych informacji Meyerowi ;)

Co do samego śledztwa – jest cudownie zagmatwane, jak każde, które serwowała nam do tej pory Pani Kasia. W swoim stylu, co jakiś czas „wpuszczała nas na lewe sanki” i myliła tropy, tak żebym poczuła się sfrustrowana faktem, że Meyer już wie, a ja nie. Trochę jak przy lekturze Agathy Christie, która to za pomocą Herculesa Poirot uwielbia się nade mną znęcać. Rozwiązanie zagadki jest satysfakcjonujące, choć przyznam, że przeszło mi przez myśl. A przynajmniej jego część.

Kolejna rzecz, o której muszę wspomnieć, a która umknęła mi przy „Zimnej sprawie” to odświeżona szata graficzna. Mimo iż powszechnie wiadomo, że zmiana wyglądu kolejnych tomów serii może doprowadzić książkoholików do frustracji, tak tu i w przypadku poprzedniej części jest to strzał w dziesiątkę, (wszystkie tomy śledztw Meyera mają pojawić się w ciemnej szacie graficznej, która pasuje doskonale).

Podejrzewam, że w tym roku już się z Hubertem nie zobaczę. Nie zmienia to faktu, że czekam z niecierpliwością na kolejne spotkanie.


Przeczytane: 17.11.2022

Ocena: 7/10

środa, 9 listopada 2022

"Rysunek ust, barwę słów, niedokończony jasny portret twój"*

 

Książka otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

 

Dzięki uprzejmości portalu Na Kanapie oraz wydawnictwa Znak miałam okazję przeczytać dość wyjątkową książkę. „Dziewczyna z portretu” Natalii Thiel wpasowuje się w obecne trendy o akcji książki w czasie II wojny światowej, a z drugiej strony jest przy tym tak inna i wciągająca, że pozostawia po sobie uczucie zadowolenia, że się ją przeczytało.

Książka rozpoczyna się od przedstawienia nam Hani Skorskiej, aspirującej pisarki, która przyjeżdża do dziadków do Gdyni Orłowo na wakacje i w poszukiwaniu inspiracji. Zrządzeniem losu staje się właścicielką obrazu, który przedstawia piękną, młodą dziewczynę, a który okazuje się być namalowany przez jej dziadka, znanego malarza, Jana Dorosza. Uwalnia to łańcuch reakcji, których Hania w ogóle się nie spodziewała. Budzą się demony przeszłości i mnóstwo wspomnień, a kiedy Jan w końcu decyduje się na podzielenie z wnuczką historią swojego życia, okazuje się, że Hanna chyba znalazła materiał na niesamowitą powieść.

W tym momencie narratorem powieści zostaje sam malarz. Przybliża czytelnikowi dzieje swojego życia od dzieciństwa i tragicznej śmierci matki począwszy poprzez młodość spędzoną z panienką Klarą i jej przyjacielem Williamem aż do dorosłości, w którą brutalnie wkradła się II wojna światowa.

Książka Pani Natalii jest pięknie napisana. Opisy są wystarczające, nastrojowe, bez problemu można wczuć się w klimat historii. A ja tę historię odebrałam jako taką… „inną”. W zalewie powieści, w której autorzy prześcigają się w opisach brutalności wojny tudzież przedstawiają nam wojenną rzeczywistość z perspektywy nauczycielek, bibliotekarek, szachistów, orkiestr, pensjonarek etc., tutaj dostaję książkę, w której przez sporą jej część czytam o dorastaniu w okresie międzywojennym wśród różnic społecznościowych. Bardzo lubię, kiedy bohaterami powieści są dzieci. Stephen King jest niekwestionowanym mistrzem dla mnie, jeśli chodzi o ukazanie dzieci jako bohaterów powieści. Nie zmienia to faktu, że Pani Natalia również poradziła sobie świetnie z tym zadaniem. Do głównych bohaterów w ich dziecięcej postaci w zasadzie nie da się czuć niechęci, choć różnice w statusie są wyraźnie nakreślone, a głównym bohaterem jest Janek, który w przeciwieństwie do przyjaciół doświadczył biedy i tragedii. W miarę upływu czasu bohaterowie oczywiście dorastają, zmieniają się ich problemy a nawet ich stosunek do całej znajomości, nie zmienia to jednak niczego w naszym odbiorze bohaterów. Ja osobiście nie poczułam do nikogo niechęci, (no może poza typowo antagonistycznym Brunem, który zostaje oczywiście oficerem SS) nawet do nieco rozkapryszonej Klary, której próby buntu były dla mnie raczej kolejnym dowodem na jej rozpieszczoną przez rodziców naturę.

Książka jest pełna emocji. Nie wpada na szczęście w melodramatyczne tony, (mimo wątku w pewnym sensie nieszczęśliwej miłości). II wojna światowa za to nakreślona jest lepiej niż w niejednej książce o tej tematyce. Wszystko jest poprowadzone w takich sposób, że bez trudu możemy wczuć się w sytuację bohaterów. Każdą. Nie zauważyłam tu niepotrzebnych scen, dłużyzn, trywialnych dialogów. Styl Pani Natalii jest przyjemny i świetny warsztatowo. Największą bolączką tej książki dla mnie była mała czcionka, a jak wiadomo, nieco utrudnia mi to czytanie.

„Dziewczyna z portretu” to bardzo przemyślana książka. Nie jest banalna, nie skupia się tylko na tytułowej bohaterce. Mamy tu także do czynienia z innymi odcieniami miłości, (choćby rodzicielskiej czy braterskiej), przyjaźnią. Każdy z bohaterów ma nam coś do powiedzenia i każdy z nich jest inny, każdy ma inne doświadczenia. Nie są sztampowi ani od kliszy, Autorka „nie odbębnia” za ich pomocą kolejnych scen byle tylko dobrnąć do finału. Wielkim dla mnie zaskoczeniem była bibliografia na końcu książki. Sprawiło mi to ogromną przyjemność, moja dusza historyka aż fiknęła koziołka. Rzadko trafiam na bibliografię w książkach tego typu, a to tylko nadaje wiarygodności Autorce, wskazuje na jej research i podkreśla, że nie ograniczyła się tylko do stworzenia „w miarę wiarygodnej” historii. Przygotowała się do pisania i historia istotnie była wiarygodna.

W moim odczuciu „Dziewczyna z portretu” zasługuje na naprawdę wysoką ocenę i chętnie będę się nią dzielić z ludźmi. Z przyjemnością przeczytam także inne książki Pani Natalii.

Przeczytane: 08.11.2022

Ocena: 8/10



*tytuł zaczerpnęłam z tekstu piosenki Bogusława Meca "Jej portret"

poniedziałek, 31 października 2022

Czy Hubert się doigrał? "Zimna sprawa" K. Bonda

 

Jak zwykle ostatnio, Pani Katarzyna Bonda zaskoczyła mnie kolejną książką. I żeby być na bieżąco, muszę nadrabiać zaległości. Dlatego za poprzedni tom przygód o Meyerze, „Zimna sprawa” bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza. Oto moja recenzja.

Jak wiadomo z przyjemnością wracam do Huberta. Tym razem, złamany wydarzeniami z „Balwierza” profiler musi zmierzyć się nie tylko ze sprawą zawodową, ale i z prywatnymi demonami.

W Warszawie rusza Wydział Wsparcia Dochodzeń. Wybrani przez Meyera najlepsi przyszli profilerzy, mają wsparcie ze strony rządu i za zadanie przygotować program, który w kilka chwil pozwoli znaleźć podobieństwa pomiędzy świeżą a starą sprawą. Miałoby to pomagać wykrywać sprawców, identyfikować seryjnych.

Tymczasem jednak najbardziej obiecujący z uczniów Huberta angażuje się w sprawę, z którą powiązany jest osobiście. I oczywiście wciąga w to swojego przełożonego, (który wykorzysta każdą sytuację, żeby tylko zagrać na nosie ministrowi Czajkowskiemu).

W Poznaniu bowiem zostają znalezione zwłoki całej rodziny, (brakuje tylko ojca i najstarszej córki). Zaginęli oni siedem lat wcześniej, a wszelkie tropy prowadzą do sekty, która wierzy, że śmierć jest tylko przejściem do kolejnego życia. Stosują oni odpowiednie ceremonie pogrzebowe, aby zapewnić wyznawcom prawidłowe przejście. Hubert i Grzegorz za wszelką cenę chcą odnaleźć zaginionych członków rodziny i wykryć sprawcę. Tym bardziej, że zwłoki… okazują się nie być tymi osobami, za które się je brało. Wiele wskazuje na to, że o całej sprawie wie coś była żona przywódcy sekty, ksiądz, który odszedł z Kościoła oraz lokalna hodowczyni kangurów i egipskich kotów.

Hubert po raz kolejny wikła się w sprawę, której sznurki sięgają wielu osób i wielu zdarzeń, również z przeszłości. Kiedy już się okazuje, że sprawa jest jednak nie do rozwiązania, że za dużo tu niewiadomych i plot twistów, niezawodny Meyer jak zawsze łączy kropki i jak zawsze robi to poza moją percepcją. Nauczyłam się już jednak nie szukać sprawcy na siłę. Pani Kasia poprowadzi mnie zawsze razem z Hubertem za rękę aż do samego rozwiązania. Muszę przyznać, że i w tej części mnie ono usatysfakcjonowało a kulminacyjna scena pod koniec książki wywołała szybsze bicie serca, nawet jeśli wiedziałam, że wszystko skończy się dobrze.

Mimo sugestywnych, makabrycznych opisów i doskonałej znajomości tematu, styl Pani Kasi sprawia, że odpoczywam. To siódmy tom serii o Hubercie, więc mogę śmiało zaryzykować stwierdzenie, że zżyłam się i zaprzyjaźniłam z profilerem, mimo że czasem chciałabym wylać mu  na głowę wiadro zimnej wody. Cieszę się jednak, że jakoś się trzyma. Po wydarzeniach z „Balwierza” spodziewałam się, że zastanę go w gorszej kondycji. Grzegorz natomiast wydaje się być dobrym partnerem i jeśli Pani Kasia zdecyduje się na stałe wprowadzić go do serii to będę bardzo zadowolona. Jestem sceptyczna co do nowej postaci kobiecej, ale czas pokaże. Hubert lubi komplikować sobie życie, tym razem pewnie nie będzie inaczej.

Nad Meyerem od dłuższego czasu zbierają się czarne chmury i wygląda na to, że wreszcie się doigrał, ale kolejna pozycja z nim w roli głównej już na mnie czeka, więc nie będę zwlekać z jej przeczytaniem i może nawet uda się po nią sięgnąć przedpremierowo.

Przeczytane: 28.10.2022

Ocena: 7/10

środa, 26 października 2022

Uroczo, ale opornie: "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" M.A. Shaffer, A. Barrows

 


Całkiem niedawno miałam okazję przeczytać niewielką książkę napisaną przez Annie Barrows i Mary Ann Shaffer, „Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek”. Ciężko nie przyznać, że tytuł jest intrygujący, kusiła także obojętność książeczki, gdyż ta liczy sobie zaledwie około 200 stron. Wiedząc, że akcja powieści rozgrywa się tuż po II wojnie światowej, zasiadłam do lektury z nadzieją.

Historia opowiada o Juliet, młodej pisarce, która zyskała rozgłos, pisząc felietony o wojnie do gazety. Aktualnie poszukuje tematu do napisania książki i ta szansa przydarza się, kiedy otrzymuje list od mieszkańca wyspy Guernsey. Początkowo niewinna korespondencja o literaturze od słowa do słowa odkrywa przed Juliet tajemnice Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek i ich przetrwanie niemieckiej okupacji. Historia wydaje się być dla głównej bohaterki  na tyle interesująca, że postanawia osobiście zjawić się na wyspie. Tam poznaje pozostałych członków Stowarzyszenia, (którzy zresztą wcześniej też kontaktowali się z nią listowanie) i zakochuje się w pięknie wyspy i prostocie mieszkańców, choć jednocześnie każdy z nich jest jedyny i niepowtarzalny.

Wyjątkowość tej książki polega na fakcie, że została napisana w formie epistolarnej. O wszystkich wydarzeniach dowiadujemy się z listów, zarówno tych pisanych do Juliet, ale i przez Juliet (nie tylko do mieszkańców wyspy, ale również do jej przyjaciół z Londynu). Młoda dziewczyna, korzystając z faktu, że posiada przyjaciół z dzieciństwa, szczegółowo relacjonuje im dni spędzone na wyspie. Dzięki temu i my jesteśmy świadkami wydarzeń, od odrzuconych zaręczyn po (nie do końca niespodziewany) ślub w finale powieści.

Forma epistolarna to jednak też dla mnie największy minus tej pozycji. Choć styl listów jest lekki, przyjacielska, a każdy z autorów korespondencji ma swój styl, znacznie utrudniało mi to czytanie. Wybijało z rytmu. Czytałam o jakimś wydarzeniu, zaraz list się kończył i niejednokrotnie następowało po nim kilka depesz pisanych wielkimi literami. Pomagało to w odbiorze emocjonalnym książki, ale nie sprawiało, że lepiej się w nią wciągałam. Brakowało mi dialogów, a to zawsze utrudnia mi czytanie, spowalnia tempo. Miałam przy tej książce potężne problemy z koncentracją. Dość powiedzieć, że dwustustronicową książeczkę czytałam dwa tygodnie. Z trudem dobijałam do przeczytania 40 stron, niejednokrotnie wybierałam słuchanie muzyki lub jakiś seans, zamiast poświęcenia powieści kilku chwil.

To dość przykre, ponieważ książka była urocza. Juliet oraz jej przyjaciele z Guernsey to naprawdę mili ludzie, których aż chciałoby się poznać w rzeczywistości. W zasadzie chyba każdy z nich wzbudził moją sympatię, może poza jedną mieszkanką wyspy, która na szczęście daje o sobie znać dwa razy i niedoszłym narzeczonym Juliet, którego roszczenie sobie praw do dziewczyny wprost mnie oburzał. Motyw wojennych przeżyć bohaterów jest moim zdaniem dobrze nakreślony, pojawia się tu także postać „dobrego Niemca”, a także bohaterskiej postawy jednej z postaci, która za swoją odwagę ląduje w obozie koncentracyjnym i to ona staje się w końcu główną postacią w wymarzonej książce Juliet.

Nie zamierzam nikomu tej książki odradzać, ponieważ naprawdę jest urocza a roztrzepana Juliet może wzbudzać jedynie pozytywne uczucia. Nie spodziewajcie się tu jednak wartkiej akcji. A jak już przywykniecie do listowego stylu, w jakim książka jest napisana, niewykluczone, że jej czytanie pójdzie Wam znacznie lepiej niż mnie.

Przeczytane: 21.10.2022

Ocena: 6/10

środa, 12 października 2022

Hiacynta na tropie tajemnic: "Magia pocałunku" J. Quinn

 


Dziękuję Wydawnictwu Zysk i s-ka za egzemplarz do recenzji. Książkę otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu Nakanapie.pl

 

Dzięki Klubowi Recenzenta przeskoczyłam parę tomów w historii Bridgertonów i zamiast odkrywać teraz losy Benedicta, towarzyszyłam przygodom Hiacynty, najmłodszej z rodzeństwa.

Zupełnie świadomie nazywam to przygodami, ponieważ młoda Bridgertonówna wplątała się nawet w rozwiązywanie zagadki sprzed parudziesięciu lat, związanej z zaginionymi klejnotami. Oczywiście nie brakuje tu wątku romansowego, który jak wiadomo jest trzonem każdej książki Julii Quinn. I gdyby nie napotkany mężczyzna, Hiacynta pewnie przeżywałaby przygody tylko i wyłącznie na kartach książek, które czytała.

Gareth St. Clair ma opinie hulaki, a w dodatku tajemnicą poliszynela są jego kiepskie stosunki z ojcem. Mimo iż jest młodszym synem, po śmierci brata zostaje spadkobiercą rodu, co jego ojcu wyjątkowo nie jest w smak. Gareth jest wnukiem przebojowej Lady Dunsbury, dzięki czemu zapoznaje się z Hiacyntą, która raz w tygodniu czyta starszej pani na głos. I mimo, że fatalna reputacja nieco odstrasza młodą damę od przystojnego kawalera to jednak pragnienie przygód jest silniejsze. Za sprawą tajemniczego pamiętnika drugiej babki chłopaka, postanawiają odszukać ukryty skarb.

Książka jest jak zwykle napisana lekko i przyjemnie, choć można w niej zauważyć trochę zmian. Przede wszystkim rozdziały nie rozpoczynają się tu od kroniki towarzyskiej Lady Whistledown. Fani serialu wiedzą, że jej tożsamość została odkryta i nie sądzę, żeby względem książek, filmowi twórcy zdecydowali się na dużą zmianę. A skoro tak, być może w częściach, które przeskoczyłam, (ale oczywiście do nich wrócę) Lady Whistledown porzuci swoje plotkarskie praktyki.

Zamiast kroniki towarzyskiej, Autorka zastosowała swego rodzaju didaskalia. Ich dodatkowym plusem jest to, że są humorystyczne. Sama treść książki jest wzbogacona o sporą dawkę poczucia humoru, większą wydaje mi się, niż przy poprzednich częściach. Hiacynta jako najmłodsze, urodzone już po śmierci ojca, dziecko pani Bridgerton była wychowywana na pewną siebie i zdecydowaną istotę. Nie boi się mówić co myśli, zna swoją wartość a to prowadzi niejednokrotnie do komicznych wymian zdań z Garethem lub Lady Dunsbury. Która to dama, zarówno w serialu jak i książce jest jedną z najbardziej charakterystycznych postaci. Wiekowa arystokratka, która nie uważa za słuszne trzymania języka za zębami, mówiąc zazwyczaj to, co należy powiedzieć, nie przejmuje się konwenansami czy etykietą, wprowadza do lektury i własnego towarzystwa powiew świeżości. I choć wielu jej rozmówców pozostawia z szeroko otwartymi ustami, czytelnik ma szansę czerpać przyjemność, że Lady Dunsbury znowu komuś natarła uszu z sobie właściwą złośliwością.

Nie brak w książce oczywiście tego, co pewnie najbardziej przyciąga fanów serii do powieści Julii Quinn. Są zawirowania romansowe i matrymonialne, są przeszkody i emocje, no i oczywiście sceny erotyczne. Przyznam, że dla mnie nie są one najważniejsze, choć napisane ze smakiem i bez zbędnej wulgarności. Rozumiem, że mogą ekscytować i pozostawiać czytelnika z wypiekami na twarzy. Dla mnie ta seria jest tak udana (i jak już niejednokrotnie wspominałam, relaksująca), że dodatkowe atrakcje nie są mi potrzebne. I tak by po nią chętnie sięgała.

Bardzo się cieszę, że mimo iż jest to przedostatni tom, czeka mnie jeszcze pięć spotkań z rodzeństwem Bridgertonów. Choć już teraz muszę przyznać, że Hiacynta chyba stała się póki co moją ulubienicą.

Przeczytane: 12.10.2022

Ocena: 7/10

czwartek, 6 października 2022

Cztery siostry: "Iskry na wiatr" I. Żmijewska

 


Dzięki booktourowi z Neavecreations miałam okazję przeczytać pierwszy tom serii „Zawierucha” Idy Żmijewskiej. Nosi on tytuł „Iskry na wiatr”.

Książka opowiada o czwórce sióstr, które z dnia na dzień z córek bogatego właściciela fabryki, stają się sierotami bez grosza. Ich ojciec popełnia samobójstwo, gdyż okazuje się, że pod koniec życia stał się bankrutem. W jednej chwili Zosia, Nina, Julia i Pola muszą opuścić piękną posiadłość i przenieść się do czynszowego mieszkania, które dzielić będą z babką i ciotką. Na domiar złego wybucha I wojna światowa i nic już nie jest takie, jak młode kobiety znały wcześniej.

W miarę przesuwania się akcji do przodu, kolejne wątki stają się coraz bardziej tajemnicze a na jaw wychodzi wiele nieprzewidzianych komplikacji. Czy pan Keller faktycznie popełnił samobójstwo? Dlaczego sprzedana fabryka stoi odłogiem? Czym zajmuje się Zosia? (Czytelnik to wie, jej rodzina nie). Co wyniknie z niespodziewanego małżeństwa Niny? Czy Julia spojrzy wreszcie przychylnym okiem na niestrudzonego adoratora? Czy Pola okaże się najdojrzalsza z rodzeństwa, mimo że jest najmłodsza? Co mają oznaczać te tajemnicze włamania do ich mieszkania? I wreszcie, co przyniesie ze sobą wojna, kiedy i jak się skończy a także jak ją przetrwać?

Akcja dzieje się w Warszawie. Szczerze jednak przyznam, że nie odczuwałam tu wojennej atmosfery. Gdyby nie konspiracyjna praca Zosi, (którą i tak przerywa zapalenie płuc) i wieczne wzmianki o brakach w zaopatrzeniu chyba w ogóle nie zwracałabym uwagi na czasy, w jakich rozgrywa się powieść. Co prawda Julia pracuje w szpitalu, do którego bez ustanku dowożeni są ranni, a jednak mimo wszystko dla mnie było w tej Warszawie jakoś za spokojnie.

Początkowo bałam się, że nie polubię żadnej z bohaterek, a już na pewno Julii. Jednak w miarę posuwania się powieści do przodu to chyba ona najbardziej przypadła mi do gustu, na równi z babcią Adelą, (relacja Julii z doktorem Warlińskim wydała mi się naprawdę urocza). Pola, która chyba była windowana na główną bohaterkę, (to jej dziennik cytuje Autorka) była chyba najbardziej niejaka ze wszystkich panien Keller. Postać Niny i jej los spleciony z rosyjskim oficerem, (polskiego pochodzenia) wydaje się intrygująca, za to Zofia działała mi na nerwy swoim przekonaniem o nieomylności i traktowaniem młodszych sióstr z góry.

W zasadzie trudno sklasyfikować tę książkę jednoznacznie. Rozpoczynająca się i wyglądająca jak typowa saga rodzinna w częściach na tle ważnych dla świata wydarzeń, skręca w pewnym momencie w stronę kryminału, żeby później niemal w mgnieniu oka przeistoczyć się w romans. Przyznam, że tego się nie spodziewałam, choć jestem zaskoczona zimną krwią wszystkich kobiet z rodziny w obliczu morderstwa w ich własnej kuchni.

Styl Idy Żmijewskiej jest przyjemny i dobrze się czytało tę powieść. Żadne wątki niestety nie zostały jednak dokończone, ale jest to spowodowane faktem, że „Iskry na wietrze” to dopiero pierwsza część. Czytając, czuło się, że to tylko wprowadzenie, nakreślenie postaci i problemów. Wygląda na to, że wszystko co istotne dopiero przed nami. Przyznam, że było to nieco irytujące, bo im dalej w las tym pojawiało się więcej wątków i zagadek, ale to dobry chwyt marketingowy. Ja pewnie też w związku z tym sięgnę po kolejny tom, który niedawno został wydany.

Przeczytane: 04.10.2022

Ocena: 6/10